Zakopane, miasto do którego chce się wracać czy od którego chce się uciekać?

Siedzę na góralskim łóżku, w góralskim pensjonacie mając pod ręka najbardziej góralską herbatkę z równie góralskiego Lidla. Jestem w mieście, które podaje się za polską stolicę Tatr, a dla mnie samej od momentu wjechania jest tematem ogólnego zażenowania i pewnego rodzaju zniesmaczenia.

Zakopane i tandeta to w sumie synonim, a ja nawet nie doszłam do momentu w którym byłabym w jakikolwiek sposób złośliwa.

Odwiedzam je po raz drugi. Pierwsza wizyta była dość krótka i miała raczej charakter wypadowy z pobliskiego Poronina, kiedy to bodajże jeszcze w podstawówce byliśmy na jakieś zimowej kolonii. Pamiętam autokar, aquapark, który był w planie dnia i stanie pod nieczynną Wielką Krokwią, która szczerze mówiąc bez całej sportowej otoczki nie robiła aż tak wielkiego wrażenia jak robić miała. To jak oglądanie pustego stadionu sportowego. Niby fajnie, niby możesz się pozachwycać nad konstrukcją, architektonicznymi rozwiązaniami i ogólną estetyką, ale to sportowcy i towarzyszący im kibice robią klimat dla którego się na dany obiekt jeździ. Tak wiec dziewicza wizyta była dość neutralna, a wyglądu miasta z tamtego okresu nie pamiętam.

Druga wizyta miała miejsce w ten weekend. Za sukces powinien zostać uznany fakt, że ocena sprzed tych dziewięciu lat nie uległa zmianie. Mało w tym jednak zasługi samego miejsca.

Bo miejsce dla mnie jest totalnie przereklamowane i to dosłownie ujmując. Jeszcze zanim dojechaliśmy do granic miasta reklama stała na reklamie zasłaniając dwie inne reklamy. Nocleg, obok noclegu był jeszcze czymś akceptowalnym, zabawa zaczęła się w momencie, gdy jakiś lekko podsiwiały pan w tradycyjnym góralskim stroju zaczął przekonywać, że burger to lokalne danie, a kolejny billboard zachęcał do zjechania na równie tradycyjny góralski ramen. Ukonorowaniem był plakat wielkości domu zasłaniający widok na góry po to, aby pokazać panią w stroju kąpielowym na tle tych samych gór i zachęcić do odwiedzenia jakiegoś basenu, nawet cholera nie termalnego.

Miałam nadzieję, że w samym mieście będzie lepiej, tam się jednak okazało, że zawsze może być gorzej. Coraz większe napisy, mrugające światełka, transparenty trzy takie same obok siebie. Miałam sobie przypomnieć jak wyglada centrum Zakopca, jedyne co mogłam zrobić to dojść do wniosku, że jest niesamowicie piękne skoro nałożono na nie tyle ochronnych warstw plastiku.

Nieco się zniesmaczyłam, a potem już tylko zażenowałam.

Krupówki w moim mniemaniu to jeden wielki sklep z chińskimi zabawkami, gdzie jeżeli się poszuka można znaleźć relikwie tego starego Zakopanego, miasta gdzie podobno faktycznie ceniono przede wszystkim góry. Trzeba jednak być dobrze zorientowanym, mieć lokalnego przewodnika albo przewertować sporo tematycznych blogów. Miejsca te bowiem zasłaniają plakaty znajdujących się obok kebabów, zapiekanek, pizzy czy papugarni. Wszystko jest chaotyczne, niespójne, bez pomysłu i po prostu tandetne. Jakby największym celem było dotarcie na najbardziej reprezentatywną ulicę tego miasta po to, żeby kupić sobie diabełki do strzelania albo zrobić zdjęcie z misiem z rosyjskiej bajki, która swoją drogą jest świetna, ale z polskimi górami ma tyle wspólnego co owca z lataniem.

Tradycyjne jedzenie kończy się na oscypkach i w sumie na nich też zaczyna. Później jeżeli chcesz zjeść coś lokalnie to musisz zacząć poważnie szukać, krążyć, drążyć, kopać lub tak jak my skierować się tam gdzie nie kierował się nikt.

Korzystając z okoliczności postanowiliśmy udać się nad Morskie Oko. Nad symbol tych terenów. Gdy kilka kilometrów od miejsca docelowego zaczęły pojawiać się zapełnione pobocza obstawialiśmy, że to do jakiś klasztorów, świątyń czy po prostu na jakieś pobliskie szlaki. Niespełna dwa kilometry przed wjazdem na parking jeziora zatrzymało nas dwóch młodych panów i kazało zawracać aby szukać sobie miejsca na zostawienie samochodu. Zdaliśmy sobie sprawę co się tam wyprawia i odpuściliśmy.

Gubałówkę odpuściliśmy jeszcze wcześniej, bo dzięki technice można sobie podejrzeć co tam się na niej dzieje. Jedni patrzą na warunki pogodowe, inni na ilość ludzi i na to czy jest szansa na odrobine przestrzeni bez używania łokci i kolan. Nie było.

Fakt, trafiliśmy też na przepiękna pogodę i kompletnie nie ma co się dziwić, że nie tylko my chcieliśmy z niej skorzystać. Dla mnie to jednak pozbawione było sensu i zamiast nad zakopiańskie atrakcje pojechaliśmy przed siebie trafiając do restauracji z popularnego rewolucyjnego programu w Bukowinie Tatrzańskiej. To jak blisko siebie są te wszystkie miejscowości jest niewątpliwie ogromnym plusem, to jak cudowne są po drodze krajobrazy, nieskażone jeszcze ogromną ilością reklam jest jeszcze bardziej zachwycające.

Nie jestem fanką pani Magdy, program widziałam o ten raz za dużo i nie mam pojęcia jak smakowały dania w tej restauracji przed całym programem. Teraz jednak zdecydowanie jest tam przepysznie i to to miejsce kulinarnie zostaje zwycięzca tego wyjazdu. Jeżeli to zasługa samozwańczej gwiazdy TVN to sądzę, że dobrym pomysłem było zgłoszenie się do niej. Kulinarnie to miejsce mnie kupiło. Dochodzi do tego jeszcze przebajeczny widok z tarasu restauracji i nawet odczuwalny już dla mnie brak ogarnięcia u obsługi sali nie jest w stanie zniszczyc dobrego wrażenia.

Stamtąd obraliśmy kierunek Doliny Kościeliskiej. Zanim weszliśmy na jej teren znowu doswiadczylismy dziwnego zakopiańskiego podejścia do życia i interesów, a ja miałam się z czego ponownie chichrac.

Oj, tak prawdę mówiąc to śmiałam się na tym wyjeździe na okrągło. Całe szczęście, ze nie tylko z powodu Zakopanego.

Dolina Kościeliska choć ze sporą ilością podróżnych nie sprawiała wrażenia przepełnionej i na spokojnie można było się zachwycać tym co natura sobie tam pomajsterkowała. Co też ja sumiennie robiłam. Głowa latała mi dookoła i spowrotem. Tam jest faktycznie fenomenalnie i żałuję tylko, że nie starczyło nam czasu aby przemaszerować jej cały dystans.

Następnym razem.

Bo tak, choć pierwszą reakcją było odrzucenie, drugą niechęć do ponownego przyjazdu i oburzenie, którego mój kochany mężczyzna wysłuchał z niesamowitą cierpliwością, to teraz kiedy wracam do domu ponowny przyjazd w te strony do siebie dopuszczam. Chociażby dla Kościeliska.

Nie jest to jednak i raczej nie będzie kierunek w który uderzałabym jako pierwszy. Poczytałam o historii tego miasta, poznajdowałam różnorakie wpisy z apelami o ratowanie tego miejsca, o powrócenie do korzeni i barwne opowieści jak kiedyś faktycznie była to górska mekka. Dziś jakkolwiek człowiek by się nie starał nie umie porzucić przekonania, że najbanalniejsza droga stała się dla Zakopanego wyznacznikiem uprawiania turystyki. Brak w tym wszystkim wysiłku, który pozwoliłby utrzymywać wszystko na jakimś wyższym poziomie. Brak zaangażowania w to, aby turysta poczuł się jak w górach, a nie tylko miejscu powszechnym jako kierunek do odwiedzenia. Diabełki, kolorowe latające cośki, kebaby i zapiekanki kupię w każdym nawet najmniejszym mieście. Są powszechne na potęgę, nie powinny jednak stawać się w danych miejscach ważniejsze od tego do czego przyszły.

Zakopane wzięło na siebie bardzo dużo, to odpowiedzialna funkcja bycia stolicą jakiegoś regionu i zdecydowanie nie powinien to być tylko slogan dla turystów, których owszem przyjeżdża tam mnóstwo, ale którzy w moim mniemaniu nie dostają tego czego Zakopane w pełni mogłoby im dostarczyć.

To, że kolejki są nad Morskie Oko, na Gubałówkę, że jest masa ludzi na szlakach to normalna rzecz i powinniśmy się cieszyć, że ludzie zamiast przed telewizory ruszają tyłek w teren, a nasze polskie granice mają takie wspaniałości natury. To co popularne i dobrze rozpowszechnione zawsze związane jest z dużym zainteresowaniem. To, że mi przeszkadza ilość ludzi w odkrywaniu jakiegoś miejsca to już mój problem, moja sprawa i moja decyzja o odpuszczeniu, nawet jeżeli jechałam w jakieś miejsce po to aby coś właśnie zobaczyć. Wiem z jakiej formy doświadczania czegokolwiek będę się najbardziej cieszyć i nawet jeżeli oznacza to niespełnione tym razem marzenie to nic, jeżeli to miałoby być marzenie zawiedzione lub co gorsza zirytowane.

Normalnym dla mnie jest, że dany rejon, miasto, miejsce opiera swe działania na tym co jest w jego obrębie, co zna najlepiej, na czym bazuje jego historia i lokalna kultura. Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć czemu Zakopane tego nie robi. Czemu na tym nie bazuje albo czemu to bazowanie opiera tylko na dokładaniu słowa „góralski” do czegoś co zupełnie góralskie nie jest?

Chciałam spróbować czegoś lokalnego i spróbowałam, wymagało to nieco wysiłku i trochę szczęścia, ale się udało. Fenomenem byłoby gdyby było to na porządku dziennym i gdyby coś regionalnego można było po prostu promować, rozpowszechniać zamiast chować za reklamami. Zwłaszcza, że Zakopane takie podobno kiedyś było. Jeszcze te osiem – dziesięć lat temu.

Pojechałam tam dlatego, że zrodziła się taka sposobność, a na mojej liście było kilka marzeń, które mogłabym zrealizować właśnie w tym miejscu. Nie zrealizowałam zbyt wielu. Wyjazdu jednak nie żałuję, bo trafiłam do zaprzyjaźnionego pensjonatu i ludzi, którzy znają się od lat i widać, że potrafią ze sobą fantastycznie spędzać czas. To właśnie w tym faktycznie góralskim pensjonacie naśmiałam się najwięcej, wyspałam tak jak nigdzie indziej i zwróciłam uwagę na coś co jest jednak tematem tabu w naszym codziennym egzystowaniu. Zobaczyłam inne podejście do życia i po prostu cieszyłam się z chwil tam spędzonych.

Naprawdę warto było jechać.

Mimo tego, że przywiozłam sobie oprócz góralskich skarpetek jedynie smutną refleksję na temat turystyki. Moje Zakopane to miejsce z niewykorzystanym potencjałem, gdzie wytrwałość przydaje się nie tylko na górskim szlaku, ale i w poszukiwaniu dawnego uroku miasta. Miasto za które trzymam kciuki i żywię nadzieję, że jeszcze będzie prawdziwą stolicą Tatr.

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz