7 rzeczy, które zrobię przed końcem roku.

W ostatnio czytanej przeze mnie książce autorstwa Tiziano Terzaniego cały pierwszy akapit jest najdoskonalszym oddaniem moich myśli względem dnia codziennego i choć, pisany był on w kontekście wydarzeń z 11 września 2001 roku, to nie można mu odjąć trafności.

„Są w naszym życiu takie dni, w których nie dzieje się nic, dni, które przemijają, nie pozostawiając po sobie żadnego wspomnienia, żadnego śladu, jakby ich nigdy nie było. Jak dobrze pomyśleć, to większość z nich jest taka, i jedynie wtedy, kiedy liczba tych, które nam pozostają, coraz bardziej się zmniejsza, zaczynamy się zastanawiać, jak to się stało, że tylu dniom pozwoliliśmy upłynąć niepostrzeżenie. Ale tacy już jesteśmy: doceniamy rzeczy, kiedy staną się przeszłością, i dopiero wtedy dociera do nas, jakby to było je mieć. Kiedy ich już nie ma.”

We mnie te słowa uderzyły bardzo mocno. Na marginesie mówiąc cała książka jest niesamowitym studium ludzkiej egzystencji. Przede wszystkim pod kątem poszanowania odmienności i narzucania czegokolwiek drugiemu człowiekowi. Dawno nie czytałam czegoś tak pięknie napisanego, a jednocześnie w moim przekonaniu będącego wystawioną w punkt analizą świata i choć książka porusza tematy sprzed prawie dwudziestu lat, to na swej aktualności niestety nic nie straciła.

Wracając jednak do wątku głównego. Przeczytałam ten akapit w „Listach przeciwko wojnie” i coś mnie wewnętrzenie szarpnęło. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie sposób każdego dnia przeżywać najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych przygód życia, i że trzeba umieć się cieszyć również z szarości dnia codziennego, ale zrodziło się we mnie takie przeświadczenie, że mogłabym tej radości mieć więcej, gdybym wprowadziła drobne zmiany, że więcej mogłabym się nauczyć, przeżyć, doświadczyć, że ta cytrynka nie jest nawet w połowie wyciśnięta.

Trochę mowa tu o nawykach, których jednak nie mam zamiaru wykreślać w kolorowych tabelkach, a trochę o jednorazowych działaniach, które w moim przekonaniu mogą przynieść więcej korzyści niż strat. Do końca roku zostało już niewiele ponad 40 dni i to dobry moment być pozamykać, albo wręcz przeciwnie pootwierać, długo odkładane tematy. Nie przedłużając więc, przejdźmy do konkretów:

Przystąpię do wyzwania 365 dni

Całe swoje działanie opiera ono na codziennym fotografowaniu. Jeden dzień to jedno zdjęcie, nie ma żadnych odgórnych ograniczeń, mogę je sobie sama wprowadzić. Na ten moment jednak tego nie robię i daje sobie swobodę pełnego i dowolnego działania.

Jestem podekscytowana, ale i trochę przerażona. Biorę w końcu na siebie zobowiązanie na cały nadchodzący rok. Bez dnia przerwy, bez narzekania, marudzenia i gadki szmatki, że mi się nie chce. To będzie możliwość sporej nauki, ale przede wszystkim sprawdzian dyscypliny.

Zdjęcia na pewno będą pojawiać się codziennie na moim koncie na Instagramie. Na blogu pojawi się oddzielna zakładka, tutaj jednak dane kadry mogą ukazywać się hurtowo z kilku dni.

EDIT: Długo nie myśląc przeszłam od razu do realizacji tego zamysłu i już następnego dnia, to jest w czwartek 19/11/2020 wystartowałam z wyzwaniem 365 dni. Zdjęcia udostępniam w każdej swojej internetowej przestrzeni około godziny 21:00.

>> Blog: Wyzwanie 365!
>> Instagram: @katarzyna.sekleckaa
>> Fanpage: Katarzyna Seklecka Fotografia

Nakręcę film.

Nie wiem tylko jeszcze czy poklatkowy czy może jednak zwykły. Na pewno będzie krótkometrażowy raczej bez żadnej wyszukanej fabuły, gdzie on zabija, ona ginie, wszyscy kogoś gonią i nikt nikogo nie łapie. Chcę w filmowych kadrach zamknąć delikatną historię. Plan na to się już rodzi i jeszcze w listopadzie mam zamiar przystąpić do realizacji.

Nauczę się w pełni obsługiwać analogowy aparat.

W moim przypadku tatowego Zenita, który udokumentował całe moje dzieciństwo, a który w którymś momencie oddał miejsce cyfrowym wersjom i teraz leży na półce czekając z nadzieją na lepsze czasy. Uwielbiam stare obiektywy, dotyk wywołanych zdjęć i ich wygląd, tak charakterystyczny i różny od tego co teraz wychodzi z puszki. Do Zenita dotychczas, wstyd się przyznać, ale na poważnie podchodziłam tylko raz. Czas kupić film i te niedociągłości nadrobić.

Wywołam zdjęcia, powieszę je w domowych ramkach i zrobię własnoręcznie album.

Dobrych kilka lat nic nie wysyłałam do druku mimo tego, że to zdjęcia, które mogę dotknąć, wkleić do albumów budzą we mnie najwięcej pozytywnych odczuć i to je najprościej mówiąc lubię najbardziej. Te w formie fizycznej, nieco analogowej. Przejrzę dyski, może przy okazji zrobię na potrzebujących tego, porządek i przeniosę na papier masę wspomnień.

Wrócę do prowadzenia dziennika wdzięczności.

Raz na tydzień ponownie, jak kiedyś miałam w zwyczaju, będę siadać w fotelu i wypisywać wszystkie te rzeczy, które doceniam w minionych siedmiu dniach. Temat wdzięczności jest dla mnie ogromnie ważny. Światopogląd wybudowany na masie różnorodnych rzeczy karze mi wierzyć, że to docenienie i zauważenie tego co się ma, szukanie pozytywów i cieszenie się nawet z drobnych rzeczy jest sposobem na szczęśliwe życie. Przynajmniej moim sposobem. Wdzięczność jest więc tego podstawą i choć jest stałym elementem w moim działaniu, to czuję potrzebę podejścia do niej w nieco inny sposób. Dlatego do gry wraca dziennik wdzięczności, o którym swoją drogą będę nieco więcej pisać w przyszłotygodniowym artykule.

Zadbam o siebie pod względem odżywiania się i ruchu.

Nie da się ukryć, że w ciągu tego roku mój porządek dnia i jego styl zmienił się diametralnie. Z pracy kelnerki będącej kilka, kilkanaście godzin na nogach stałam się kobietą spędzającą wiele dni przed biurkiem czy to przy pisaniu wpisów, takich jak ten, który teraz możesz czytać czy obrabiając zrealizowane sesje. Tych kilka miesięcy wystarczyło bym zauważyła różnicę w swoim samopoczuciu i kondycji. Na siłownię czy basen nie zacznę chodzić, bo sytuacja koronawirusowa jest taka, a nie inna i nie mam na ten moment nawet takiej możliwości, ale jest morze innych opcji i mam zamiar z nich sumiennie korzystać. Oprócz tego skupię się na lepszym odżywianiu, bo wstyd się przyznać, ale od kiedy pracuje z domu, to paradoksalnie mniej się skupiam na regularności posiłków.

Namaluje lub uszyję sobie wzór na koszulkę.

Chodzi to za mną od mojego pierwszego i dotychczas jedynego malowania farbkami po ubraniach. Nie wiem czemu, ale wierci mi z tyłu głowy uparcie dziurę i karze się na tym skupić. Niech więc tak będzie. Mam już nawet konkretny pomysł i z całą pewnością pokażę Ci efekt końcowy!

No i punkt ostatni, który zamyka się w tonie niepewności i lęków. Chcę to jednak w końcu spiąć, choć w głowie toczy mi się ogromna bitwa pod tym względem. Z drugiej jednak strony najlepszy moment do realizacji własnych pragnień, to ten obecny. Do końca roku chcę więc dopiąć temat własnej działalności gospodarczej.

Tak całkowicie szczerze to takich zagadnień mam jeszcze wiele i mogłabym ich tu całkiem sporo wypisać, ale postanowiłam się ograniczyć do tego co w tym momencie z różnych powodów uważam za najważniejsze i tak patrząc na te 7 aspektów można stwierdzić, że poszalałam. Słowo się jednak rzekło, zobowiązanie poszło w świat i zrobię wszystko co w mej mocy by faktycznie wprowadzić te zagadnienia w życie przed końcem tego dziwnego roku. Swoją drogą ciekawe, czy również myślałaś o tym co chciałabyś zrobić przed końcem roku, masz swoją listę takich rzeczy?

Trzymaj się i do następnego!
Kasia


Dodaj komentarz