Berlin

Uwielbiam rozmawiać o marzeniach. Mówić o nich, słuchać planów, zamysłów, opowieści o przeżytych z tego powodu przygodach. Pasjonują mnie chyba w jakimś sensie emocje jakie towarzyszą ludziom podczas opowiadania o tych spełnionych pragnieniach.. ich wyraz twarz, iskierki w oczach, mimowolny uśmiech na ustach. To niezwykłe, tak samo jak fakt, ze wielu ludzi samowolnie się tego wyzbywa.


Ostatnio prowadziłam niezwykle ciekawa, choć równie niezwykle krótka rozmowę na ten mój temat najukochańszy i najulubieńszy. Role pierwszy raz od bardzo dawna się odwróciły. Padło pytanie o marzenie, którego spełnienie jest dla mnie najważniejsze, o marzenie, które jest dla mnie najpiękniejsze…
I znowu zapaliła mi się ta mała czerwona lampeczka, a zaraz za nią poszła informacja, ze neon został włączony i wielkie literki rozpaliły się intensywnym różem ukazując zdanie, które od pewnego czasu jest jednym z moich ulubionych i najdokładniej oddającym moje podejście do tematu.

„ Wszystkie marzenia są piękne, a najpiękniejsze są te spełnione”


I dokładnie z taką myślą wysiadałam z samochodu na berlińskiej ulicy. Berlin marzył mi się od dawna, a może nawet bardzo dawna. Miasto, które wcale nie jest na drugim końcu świata, do wjazdu do którego nie potrzeba żadnych specjalnych pozwoleń, wiz, paszportów czy przepustek. Stolica, która rozkochuje w sobie moich znajomych na potęgę była celem, odkładanym i pomijany, aż przyszedł dzień kiedy kurz został zdmuchnięty, a marzenie nie dość, ze odżyło to stało się fantastycznym powodem radości.

Moja wizyta nie była długa, raptem kilkunastogodzinna, jednodniowa. Pojechałam tam z całym workiem zachwytów, pochwał i poleceń od moich znajomych w jednym ręku i przeświadczeniem, że trzeba to sprawdzić w drugim.


Plan był prosty i charakterystyczny dla mnie. Zgubić się tak bardzo jak się tylko da. Udało się chyba całkiem nieźle, w końcu pierwszy raz w życiu faktycznie straciłam orientacje w terenie i zdecydowanie było to najlepsze co mogłam zrobić. Kilkadziesiąt kilometrów w nogach i zmęczenie pod koniec dnia, mówią same za siebie. Fakt, ze chcę w przyszłości zamieszkać w tej aglomeracji, na chwile – tez.


Moje zaintrygowanie i zauroczenie ta europejska stolica nie byłoby jednak możliwe, gdybym nie zaufała wtedy swojej intuicji i gdybym nie poszła w przeciwna stronę niż wszyscy doradzali. Pierwsze kroki pozwoliły mi powłóczyć się po Berlinie, który nie jest znany z przewodników i internetowych wpisów blogowych podróżników. Ominęłam to co zazwyczaj przyciąga w pierwszej kolejności. Brama Brandenburska, Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, Gmach parlamentu Rzeszy w Berlinie, wyspa Muzeów… celem samym w sobie stało się nie oglądanie, a doświadczanie. Uliczki w które skręciłam idealnie to umożliwiły.


Berlin to niesamowite miasto pod względem harmonii. Architektoniczni świadkowie historii sąsiadują z nowoczesnymi idealistami przyszłości, bez żadnych uprzedzeń, roszczeń, bez nadęcia i niepotrzebnego rywalizowania. Jest miejsce dla każdego, zagospodarowane tak, żeby nic nie musiało ze sobą o nie walczyć. Idealnie wyważone. Z przestrzenią na naturę, która w Berlinie się kocha. Parki, mniejsze i większe, skwerki, pagórki, jakikolwiek pas zieleni, drogi z rosnącymi wzdłuż nich drzewami… natura nie jest tam dodatkiem, jest pełnoprawnym elementem z którym berlińczycy nauczyli się żyć, a nawet współgrać.


Spokój. Totalne wyluzowanie. To jest to co powiedziałabym gdyby ktoś zapytał mnie jak miałabym opisać to miasto. Tego doświadczyłam tam najbardziej, jakby wszystko było tam na swoim miejscu, jakby było ułożone tak jak być ułożone powinno, jakby pewność, że cokolwiek się niestanie to i tak się nad tym zapanuje i nie ma czym się kompletnie przejmować, można otworzyć piwko i usiąść z ekipa nad Sprewą.


Język niemiecki nigdy nie był moim ulubionym, gimnazjum raczej nie dało mi szansy go poznać i pokochać, a później nie było już okazji się spotkać, aż do teraz.. Nastawiona raczej jak typowa Polka, że to język nieprzyjemny, oschły i twardy nie skupiałam się na nim ani odrobinę, a później ląduje w jego ojczyźnie, słyszę go wszędzie i zaczynam lubić. Choć prawda jest taka, że w równie dużym stopniu moje ucho wyłapywało angielskie, hiszpańskie, a przede wszystkim polskie brzmienia. To za każdym razem jest tak samo pocieszne uczucie, gdy człowiekowi wydaje się, ze jest zagranica i rodacy raczej się nie zdarza, a tutaj nagle słyszy na ulicy swój ojczysty język. Niesamowite to jest jak wielka różnorodność charakteryzuje to miasto i to nie tylko ze względów turystycznych.


Jeżeli przy takich już jesteśmy to koniec końców do nich tez dotarłam i to raczej mimochodem, napisałabym, że przypadkiem, ale w nie nie wierzę. Wyspacerowałam wiec jakąś cząstkę tej urbanistycznej przestrzeni i dotarłam tam gdzie każdy szanujący się turysta dotrzeć w nowym miejscu musi. Do zabytków. Wypolerowanych, wypachnionych i przygotowanych na wizytę kolejnych gości. Do budynków, zawierających w sobie cały zapis ludzkich istnień, a obecnie sprowadzonych do roli ciekawego tła dla fejsbukowego zdjęcia. Berlin w takich miejscach wychodzi bardzo na przeciw swoim odwiedzającym. Czysto, przejrzyście jest rozpisane co, za ile i gdzie koniec kolejki. Ludzi ogrom, a może i jeszcze więcej. Pod Brama Brandenburska problem, żeby przejść, jedne grupki tłoczą się koło drugich, ludzie skupiają się na tym, żeby wywalczyć choć odrobinę przestrzeni dla pamiątkowej fotki niż na słuchaniu przewodnika, a nie daj bóg oglądaniu tego co powinno mieć tam największe znaczenie. Oczywiście generalizuje, oczywiście nie wszyscy tak mają. To, ze ja tego nie widziałam, nie dostrzegłam to nie znaczy, ze nikogo takiego nie było. Najważniejsze to wiedzieć po co się tam samemu pojechało. Ja wiem i dlatego część dla turystów najbardziej mnie zawiodła.


Miasto poznaje się w takich miejscach, które nie są na nas najbardziej przygotowane. W miejscach, które są dla tubylców, nie dla przyjezdnych. Kiedy człowiek wychodzi ze stacji metra, ląduje pod wiaduktem pod którym jest masa ogródków działkowych, a wśród nich coś w rodzaju baru z masa lokalsów. Kiedy przechodząc brzegiem rzeki skręca intuicyjnie miedzy dwa wysokie mury i odkrywa ukryty klimatyczny ogród. Gdy przestaje się gubić w jednym parku za drugim i ląduje umówiona pod Kolumną Zwycięstwa. W momencie gdy odkrywam, ze te wszędobylskie ogromne miejsca zieleni maja w sobie ukryty chociażby różany ogród czy niezwykle klimatyczne jeziorko, nad którym ktoś z ekonomicznym zmysłem przygotował jeszcze bardziej klimatyczne miejsce do wypicia piwka, zjedzenia przepysznej pizzy i prowadzenia rozmów na mniej lub bardziej ambitne tematy. To miejsce chyba stało się moim ulubionym i całym faworytem tamtejszej zagranicznej wizyty. Może przez pryzmat scenerii, może przez aspekt poruszanych rozmów, a może przez towarzysza i to, ze samo z siebie wyszło tam tak jak wyjść powinno.


Drogi powrotnej po niemieckiej stronie nie pamiętam, wsiadłam do samochodu, zapięłam pasy i obudziłam się już na swojej ziemi, wytrząsana przez fantastyczny odcinek drogi witający zachodnich przyjezdnych. Z Berlinem nie zdążyłam się pożegnać, ale to nic nie szkodzi, jeszcze się zobaczymy i to nie raz.

Dodaj komentarz