Co dobrego przyniósł ostatni miesiąc jesieni?

Miesiąc moich urodzin w tym roku okazał się być dla mnie przede wszystkim czasem niezwykłej organizacji, układania tego co niepoukładane i wprowadzania porządku tam gdzie dotychczas panował w jakimkolwiek stopniu chaos. To okres, gdy z kubkiem ciepłej malinowej herbaty zastanawiałam się nad swoim życiem, robiłam bilans zysków i strat, podjętych przez cały rok decyzji.

Listopad dla mnie jest takim miesiącem, w którym najłatwiej jest mi się z samą sobą policzyć, zestawić to co było z tym jak jest, a jak wygląda to w mojej głowie. Nie da się ukryć, że to dość smutny, jeżeli chodzi o skojarzenie miesiąc, bo oto przecież na dobre żegnamy się z ciepełkiem, przygotowując już ostatecznie na przyjście zimna. Dni powinny być deszczowe, szare, bure i ponure, a ludzie popadać w depresję. Tymczasem tegoroczny ostatni bastion jesieni się niezbyt spisał i choć próbował nadrobić dobrą miną, to tej szarości chyba jednak było za mało. Ewentualnie ja jej nie dostrzegłam skupiona na tym na czym faktycznie powinnam.

Nie da się ukryć, że w tym wszystkim pomogła mi niesamowicie technologia, z którą do tej pory zawsze było mi bardziej nie po drodze niż do wielkiej przyjaźni, a z którą teraz w szarym dniu pięknie współpracuję. Nie będzie najmniejszym nadużyciem stwierdzenie, że współpraca ta układa się coraz lepiej i istnieje realna szansa na wieloletnią relację. Na co zresztą liczę, bo jak się człowiek zakolegował już z kalendarzem, przypominajkami o wszystkim i zintegrował to z czym się tylko dało, to życie jest jednak o wiele wygodniejsze. Z tego zarządzania sobą w czasie, wieczornego nawyku planowania dnia następnego i pomyślności na tym polu, cieszę się chyba, jak chodzi o listopad, najbardziej.

Równie wiele radości i szczęścia zażyłam w dniu swoich urodzin, które były niezwykłe, piękne i wypełnione taką życzliwością wymieszaną z miłością, że brak słów, aby to wiernie oddać. To niezwykle kochane, gdy osoby nam bliskie starają się ten dzień uczynić rzeczywiście wyjątkowym. W tamtym roku w dużym stopniu zadbałam sobie o to sama, wyłączając się od świata i realizując postanowienie, że to będzie dzień głównie dla mnie, a także mnie ze mną. W tym połączyłam zeszłoroczny zalążek tradycji z moim obecnym obrazem rzeczywistości i dostałam coś, za co jedynie mogę być wdzięczna. To wspaniałe uczucie, kiedy człowiek wie, że ma się ze sobą samym naprawdę dobrze, a wokół niego są Ci ludzie, którzy być powinni.

Książkowo dokończyłam powieści szwedzkiej pisarki i kupiłam dwie nowe pozycje, z czego jedną z nich rzeczywiście od razu przeczytałam. Co już w samo w sobie powinno być uznane za wydarzenie miesiąca, rzadko kiedy bowiem coś takiego ma miejsce, a sterta zakupionych książek domaga się kolejnego regału. Pozycja Miller Kelsey „Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie” chwyciła mnie jednak od pierwszej strony i tak już trzymała do samego końca. Jednocześnie w tym wszystkim tłumacząc fenomen tego sitcomu, jego popularności i poniekąd faktu, że ja sama nie mogę się oderwać od lektury na jego temat. Książka warta przeczytania zarówno przez fanów serialu, jak i osób interesujących się telewizyjnymi historiami i szeroko pojętym wpływem telewizji na kulturę, codzienność ludzi. Niezwykle ciekawe jest to jak coś co miało tylko się przyjąć i utrzymać, stało się czymś w rodzaju dobrego przyjaciela do którego z uśmiechem na ustach się wraca.

Pod względem filmowym kontynuuję przygodę z odkrywaniem uniwersum Marvela i zostałam właśnie fanką przeolbrzymią żelaznego bohatera. Iron Man w odróżnieniu od Mrocznego Rycerza nie dał mi żadnego momentu zawahania czy podśmiewania, za to od samego początku pozwolił mi na to aby wejść w fabułę i przeżywać ją każdą cząstką organizmu. Jest fantastyczny! Z tematów równie lekkich i przyjemnych podczas domowego spa obejrzałam „Praktykanta” z Robertem De Niro w roli głównej. Produkcję, która bawi, ale jednocześnie jest fantastyczną opowieścią o wartościach i życiu ze sobą w zgodzie. Idealna na niedzielny wieczór. Nie ominęłam też kina nieco poważniejszego i ambitniejszego, już z samego założenia. „Boże Ciało” było dla mnie dość mocnym doznaniem zarówno pod względem poruszanych tematów, ukazanych zachowań, jak i pod nieco banalniejszym aspektem estetycznym. Bartosz Bielania całkowicie skradł ten film i pokazał chyba wszystko to co można było w temacie społecznych podziałów, stereotypów, zamknięcia na drugiego człowieka, walki o własne interesy, a także tego, że nigdy nie jest aż tak źle. Oglądało się to z zapartym tchem i trzeba się cieszyć, że coś tak dobrego powstało na naszym podwórku.

Byłam też pierwszy raz w życiu na Hip-Hop Festival, który dopiero co opisałam w tym wpisie.

Na tapetę wzięłam też temat swojego odżywiania, z którego od dłuższego czasu nie byłam zadowolona i chociaż, całe szczęście nie odbiło się to w żaden sposób na moim zdrowiu, to przyszła myśl, że jednak trzeba by było coś z tym zrobić. Zaczęło się więc wielkie gotowanie, z którego nie ukrywam mam coraz większą frajdę, a jedyny problem stanowi poszukiwanie kulinarnych przepisów i decyzja o tym co faktycznie chcę zrobić. Tego wszystkiego jest tak wiele, że gubię się na co mam ochotę. Jem jednak bardziej regularnie, na pewno też zdrowiej i nie doprowadzam organizmu do momentu odczuwania głodu, co już w tym momencie uznaję za sukces. Zwłaszcza jeżeli chodzi o obszar pracy, gdzie zdarzało mi się to nazbyt często.

Na mojej kulinarnej mapie Wrocławia pojawiły się cztery kolejne miejsca. Wszystkie z kompletnie innych kierunków świata, opierające swoją działalność na całkowicie odmiennych smakach. Zaczynając od flagowca kuchni włoskiej, czyli pizzy w Piecu na Szewskiej, kolejnej pizzerii wymiennej w rankingu tych najlepszych w mieście krasnali. Poprzez smaki czysto polskie, jak połączenie dorsza ze śmietaną i młodymi ziemniakami w Zenka Cafe, miejscu odkrytym mimochodem czy smaki Peru w niedawno otwartym lokalu na Włodkowica. Aż po kuchnię koreańską, która mnie całkowicie sobą oczarowała w Doma Korean BBQ and Sushi i do której chcę jak najszybciej wrócić. Wrocław ma niezwykle wiele do zaoferowania w tym temacie, co też z premedytacją wykorzystuję.

Urządziłam sobie miejsce do pracy, do odpoczynku w domowym zaciszu i mordka mi się dalej cieszy jak pięknie to wszystko nam wychodzi we wspólnym bytowaniu. Niezwykle cudownym uczuciem jest takie dbanie o swoje miejsce, które rozumie się jako coś co dzieli się z ukochaną osobą. Polecam, każdemu kto jest gotowy na taką dorosłość.

Dalej regularnie odwiedzam korty do gry w squasha. Coraz lepiej mi idzie, a nawet wkroczyłam na ten poziom, gdy kupno własnej rakiety wydało mi się czymś całkowicie naturalnym i od kilku dni chodzę i się z takiej własnej rakiety cieszę, jak zresztą z każdego rozegranego meczu.

Nauczyłam się robić profesjonalną kawę; wiem na czym polega idealne espresso, jak się mleko spienia, podgrzewa, robi wzroki i sprawia, że człowiek, który kawy nie lubi tę kawę wypija. Całkiem przydatne było to kawowe szkolenie.

Podjęłam się też zakładu, w którym punktem zapalnym jest mój kulejący angielski. Cholernie bardzo chciałabym wrócić do czasów liceum, kiedy to dodatkowe prywatne lekcje rozbudziły we mnie miłość do tego języka, a które później lekkomyślnie gdzieś odłożyłam. Teraz jak ten głupek muszę zaczynać od nowa, przypomnieć sobie wszystko i nabrać tej pewności mówienia, którą budowałam mając możliwość rozmowy z nauczycielem tylko po angielsku. No, to była jednak olbrzymie korzystna możliwość, a teraz czas stworzyć sobie taką ponownie.

Zrobiłam kolejny milion zdjęć Balbiny i jeszcze bardziej przywiązałam się do tego kota, choć nigdy tego głośno nie przyznam. Niesamowite jest to jak takie małe stworzonko może wejść w ludzkie życie i swoimi, całkowicie niezależnymi zachowaniami wywołać uśmiech na twarzy. Bardzo chciałam mieć we Wrocławiu psa, ale w tym jednorazowym przypadku cieszę się, że mam kota. One wcale nie są takie złe, co mniej dalej, na podstawie moich dziecięcych doświadczeń, zadziwia.

Listopad prawdę mówiąc zbyt mocno nie różnił się od miesiąca poprzedniego. Dalej był to obraz jesiennych wieczorów opatulonych miękkim kocykiem, z książką w ręku, pisanymi tekstami, nauką nowego czy oglądanymi serialami. Tak samo jak w październiku na każdym kroku towarzyszył mi sok malinowy podawany z dawką pięknej miłości, okraszony jeszcze piękniejszym wsparciem. Powroty do domu mają dźwięk kociego mruczenia, a dzień kończy i zaczyna mi się z tym samym szczerym uśmiechem na ustach, nie tylko moich. Lubię swoją jesień, swoje życie. Jest pięknie, a przecież tyle jeszcze dobrego przede mną.

Dodaj komentarz