Co tworzy wspomnienia? Czyli wpis o tym jak Włochy potrafią rozkochać.

Są w życiu człowieka takie momenty, kiedy zbytnio nie ma nad czym się zastanawiać, kiedy mimo tego, że lodowaty deszcz uderza Ci w twarz i niewiele nadziei jest na pomyślny wiatr, musisz się zgodzić, musisz wejść w dany temat. Stawiając wiele na jednej karcie i licząc w duchu na to, że jakoś to wszystko się po prostu ułoży, że dasz sobie z tym radę.

Czasem są to naprawdę trudne życiowe sytuacje, czasem kwestia marzeń. Przeżywasz wtedy najpierw małe lub większe podłamanie, że o boże, ale że jak, skąd weźmiesz pieniądze, jak załatwisz urlop w pracy, jak zatrzymasz na chwilę obecne życie, żeby móc zrobić coś totalnie innego? Potem przychodzi przekonanie, że sposób na pewno istnieje, a skoro tak, to go poznasz. Podejmujesz tę wspaniale brzmiącą prawdziwą decyzję i masz świadomość tego, że to wszystko się wydarzy. Myślisz, sobie, że tak w sumie to wszechświat się do Ciebie uśmiechnął i zaczynasz się cieszyć, niecierpliwić, ekscytować.

.

W życie każdego człowieka jest przewidziane miejsce na rzeczy nieprzewidywalne.

.

Ja w wyniku takiego skrzywienia mięśni wylądowałam we Włoszech. Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie, gdybym wierzyła w przypadek to pewnie na jego barki zrzuciłabym całą odpowiedzialność. Kto by się bowiem mógł spodziewać, że jedna próba podjęta w celu nauki włoskiego, zaprowadzi mnie do ojczyzny tego melodyjnego języka i pozwoli przeżyć kilka fantastycznie nieprzewidywalnych dni. No nikt, a dokładnie od tego się zaczęło. Od udostępnionego zdjęcia na instagramowej relacji, życzliwego zainteresowania i wiadomości od dobrej znajomej. Rozmawiałyśmy o materiałach do nauki, źródłach skąd je bierzemy, o naszej motywacji i gdzieś między wierszami wyszła luźna propozycja, że jak już obie wniesiemy swój włoski na wyższy poziom to mogłybyśmy kupić bilety i sprawdzić w praktyce jak nam idzie.

Dwa czy trzy miesiące później siedziałam, pierwszy raz w życiu, w samolocie i leciałam na spotkanie z krajem, który irracjonalnie zajmował już dość wygodnie kawałek mojego serduszka, a którego jeszcze nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy. Moja znajomość języka była marna, mizerna, a słuszniej by było rzecz, że nie było jej w ogóle. Naukę skończyłam na tamtym pamiętnym jednym dniu. Nie przejmowałam się jednak ani tym ani faktem, że mieszkańscy Półwyspu Apenińskiego są na bakier z angielskim. Udało się, leciałam, spełniałam kolejne marzenia i tylko to się wówczas liczyło. Byłam całkowicie podekscytowana.

.

Miałam się dowiedzieć czy faktycznie uwielbiam to państwo czy tylko żyję dziwnym wyobrażeniem na jego temat.

.

Bergamo, do którego miałyśmy lot, przywitało nas przyjemnym ciepłem, rzędem autobusów pragnących dowieść spragnionych atrakcji turystów do mediolańskiej oazy i typowo włoskim widokiem gór znajdujących się na wyciągnięcie ręki. Mogłyśmy zrobić to co robi zdecydowana większość, wsiąść do jednego z takich podstawionych autobusów i udać się bezpośrednio do stolicy Lombardii. My jednak chciałyśmy zobaczyć jak najwięcej, do maksimum wykorzystując te kilka dni, które przed sobą miałyśmy. Jeszcze podczas planowania ustaliłyśmy, że Bergamo będzie naszym punktem początkowym w dosłownym znaczeniu. Zwłaszcza, że jak się później okazało ma naprawdę wiele do zaoferowania. Przez przyjezdnych jest jednak traktowane jako punkt stop, miejsce przesiadki, tańszy bilet do Mediolanu.

W pierwszej kolejności słynie z portu lotniczego, dopiero później ze swojej architektury i niesamowitej atmosfery. Całe miasto składa się z dwóch zasadniczych części i jest to ściśle powiązane z jego położeniem na wzgórzu. Nie trudno się domyślić, że podział powstał na Górne Miasto i Miasto Dolne. Logicznym wyzwaniem nie będzie też fakt, że to co starsze znajduje się wyżej, niż to co powstawało w bliższych nam czasach.

Autobus dowiózł nas na sam szczyt wzgórza, wysiadłyśmy na niewielkim przystanku. Przywitał nas włoski spokój, to poczucie, że przecież czas jest na wszystko. Na ławce ustawionej w cieniu siedział starszy pan i uważnie czytał gazetę, gdy autobus wydał charakterystyczny dźwięk podczas ruszania, podniósł na chwilę głowę, dostrzegając nas, spojrzał na walizkę i uśmiechnął się szczerze. Na prawo od niego, na rogu ulicy stał mały kiosk, w którym oprócz wszelkich gazet zakupić można było pamiątki, mapy i przewodniki. Głowa obracała nam się coraz bardziej i w końcu zobaczyłyśmy widok, który miałyśmy za plecami. Stare mury okalające miasto, tak zwane Weneckie Mury Bergamo. Z jednej strony stanowiące trudną barierę do pokonania, z drugiej będące gwarantem przecudownego widoku na budynki w dole.

Pobyt w starej części miasta rozpoczęłyśmy od poszukiwań miejsca, w którym mogłybyśmy zjeść śniadanie i napić się prawdziwego włoskiego espresso. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe, bardzo dużo restauracji dopiero miało otworzyć swoje drzwi dla gości. Krążyłyśmy więc wąskimi uliczkami, poznając ich układ. Podpatrując jak życie dopiero się zaczyna i świat się budzi, by wykorzystać ten krótki moment, zanim ponownie wszyscy pochowają się za przymkniętymi okiennicami, wewnątrz zamkniętych bram, za którymi w przyjemnym cieniu niemalże zawsze urządzony jest niesamowity ogród. Te poranne chwile, gdy słońce nie jest jeszcze powodem do ucieczki i można się cieszyć z towarzyskich spotkań czy smaku kawy w restauracji, gdzie zwracają się do Ciebie po imieniu. Czas ma jakby inny wymiar, a może inny sposób jest jego celebracji. Włosi się nie spieszą, oni zawsze mają czas, żeby się zatrzymać i porozmawiać, zapytać co u Ciebie słychać, jak się czuje Twój mąż, co nowego u siostry, żeby zaproponować wieczorne spotkanie.

Bo to właśnie późnym popołudniem to włoskie życie na dobrą sprawę się zaczyna i po doświadczonych, podczas tamtej wizyty, temperaturach całkowicie takie podejście do tematu rozumiem. O wiele przyjemniej jest usiąść przy aperolu, gdy nie musisz co chwilę ścierać spływającego na oczy potu, a ostre promienie słoneczne nie doprowadzają Cię do łez. Lekkie wieczorne ochłodzenie przynosi prawdziwą ulgę, choć najczęściej turystom, nieświadomym wcześniej na jakich zasadach funkcjonuje ten kraj. Tubylcy odnajdują się przecież w swojej rzeczywistości przecudownie.

Miasto poznałyśmy bardzo szybko, jedno obejście wystarczy, żeby rozeznać się w terenie i nawet osoba, taka jak ja, której orientacja w terenie mobilizuje się do działania tylko wtedy kiedy musi, świetnie daje sobie tam radę. Pełno jest charakterystycznych punktów, bardzo często zabytków, utrzymujących piękny klimat. Uliczki są typowo włoskie, wąskie, kręte, pod górkę i z niej. Podziwiałam z zapartym tchem wszystkich tych kierowców, którzy manewrowali wśród nich wcale nie tak małymi autami. Nasze punkt orientacyjne miały jeszcze jedno zadanie, oprócz typowego rozeznania w terenie pozwalały nam na zorientować się gdzie jest źródło pitnej wody. Publiczne krany do napełniania swoich butelek, okazały się podczas tego wyjazdu ogromnym wybawieniem. Rozstawione w strategicznych miejscach, ratowały nam tyle razy tyłek, że nawet nie sposób tego zliczyć. Nie wiem jak wygląda sytuacja w całym kraju, ale Mediolan wraz z Bergamo mogą się pochwalić świetnie wybudowanym systemem ratowania spragnionych. My spragnione byłyśmy bardzo, słońce bowiem z każdą minutą naszego spaceru wznosiło się coraz wyżej, zmuszając nas w pewnym momencie do chowania się w cieniu. Zdejmować nie było już czego, włosy związane tak, że igły byś w nie nie wcisnął i butelka stale uzupełniania najbardziej drogocennym płynem świata nie pomagały. Wszechświat najpierw wysłał mnie do upragnionych Włoch, a później z premedytacją postanowił, że zginę tam przez upieczenie.

.

Naprawdę niewiele mu brakowało, żeby ten plan się udał.

.

Zanim jednak nasz hostel okazał się dobrym zagraniem marketingowym, a klimatyzacja szczytem marzeń, nie zdążyłyśmy na pociąg, którym miałyśmy się przetransportować do stolicy Lombardii. Połączenie Bergamo – Mediolan, jak już Ci wcześniej powiedziałam jest niezwykle dobrze skomunikowane. Nie musisz nawet wjeżdżać do miasta przylotu, by jechać dalej. Czekają przecież na Ciebie autobusy czy osobowe samochody. W momencie gdy okażesz się takim szaleńcem jak my i zdecydujesz się najpierw na poznanie miasta przesiadki, podróż możesz kontynuować z dworca kolejowego. Pociągi odjeżdżają co godzina i nie wiem czy wszystkie, ale ten nasz był szczególnie punktualny, żeby nie powiedzieć, że odjechał minutę za wcześniej. Gdyby nie to, na pewno byśmy zdążyły. Jak to zresztą powiedział nam pracownik stacji „no, niewiele zabrakło”. Ten sam sympatyczny pan, widząc nasze posmutniałe miny i zakupione bilety podzielił się z nami wiedzą, że bilety nie tracą ważności, wystarczy iść do konduktora i wytłumaczyć mu jak się przedstawia cała sytuacja. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Konduktor już bowiem nie mówił nawet łamanym angielskim, a nasze dogadywanie się wkroczyło na poziom wyższego zaangażowania i uzyskało tytuł eksperta w działaniach życzliwości.

Mediolan zaś przywitał nas prawdziwie włoską sprzeczką w tramwaju, której do tej pory szczerze mówiąc nie potrafię ani opisać ani wyjaśnić. Wsiadłyśmy do odpowiedniego środka komunikacji, jako uczciwe turystki zakupiłyśmy odpowiednie bilety i grzecznie stanęłyśmy z boku, by nikomu nie torować przejścia i co równie ważne na nikogo ze swoją stopą, walizką czy po prostu całym ciałem się nie zwalić. Jechałyśmy podziwiając widoki i obserwując przy okazji anonimowych współtowarzyszy podróży. W pewnym momencie, bardzo blisko nas podniósł się szum, a potem ktoś zaczął krzyczeć, ale tak wiesz włosko krzyczeć, angażując w to nie tylko poziom głośności swego głosu, ale i możliwości całego ciała. Ręka tego pana uderzyła w szybę odgradzającą motorniczego od pasażerów. Kierowca tramwaju włączył tryb kłótni i zrobiło się momentalnie tak głośno, jakby miał startować samolot, a Ty byś stał tuż przy nim. Szum, gwar, bo to we Włoszech nie jest tak, że jak się dwoje kłóci, a wokół nich są inni ludzie, to ta sprzeczka należy do tych zainteresowanych. Nie. Tam nagle każdy jest zainteresowany. Starsza pani na pierwszym siedzeniu, okazująca się spokojnym głosem rozsądku i kobieta w średnim wieku siedząca od okna, dwa siedzenia za nią, która z niewytłumaczalnych powodów zaczyna klaskać. We Włoszech sformułowanie, że „kierowca wyszedł i zaczął klaskać” jest niebezpiecznie możliwe, choć w naszym przypadku skończyło się tylko na klaszczących pasażerach. Ktoś zaczyna krzyczeć na krzyczących, ktoś inny zgłasza muzykę i nie jesteś wstanie ocenić kiedy z normalnej społecznej sytuacji zostałaś przeniesiona w istny armagedon emocji, a gdy do Ciebie dociera co się dzieje, jest już po wszystkim i kłócący się panowie ściskają sobie ręce w geście pożegnania.

.

Włosi to kompletnie inny biegun emocjalności i podejścia do życia.

.

Wybór miejsca noclegowego był wynikiem internetowych poszukiwań. Średnią podawanej ceny w stosunku do prezentowanych zdjęć i co najważniejsze zamieszanych na temat obiektu opinii. Jechałyśmy mając wszystko zarezerwowane. Jedynym uniedogodnieniem miało być odnalezienie tego naszego lokum, na to jednak byłyśmy przygotowane. Ładnie pięknie nas uprzedził o tym zarówno właściciel jak i osoby, które się tam meldowały. Na miejscu okazało się, że takie rzeczy trzeba jednak brać z większym dystansem. Mapa pokazywała jedno, zdjęcia z charakterystycznymi punktami nie miały żadnego przełożenia na rzeczywistość, a my kręciłyśmy się w kółko. Dotarłyśmy niemalże do punktu bezradności, gdy stałyśmy pod wydawałoby się dobrym adresem, ale jednak kompletnie nie. Te nasze zmagania z mapą i rozeznaniem w terenie musiały wyglądać z boku naprawdę śmiesznie i żałośnie. W pewnym momencie na przeciw nas, za zakrętu wyłonił się pan w średnim wieku, z lekko rozpięta koszulą i siatką na zakupy. Szedł sam, podśpiewując sobie jakąś wesołą melodię i widać było, że naprawdę dobrze się bawi. Gdy znalazł się obok, z niezwykłą naturalnością, jak gdybyśmy się znali kupę lat, zapytał czy nam pomóc. Nie znałam wówczas zbyt wiele wyrażeń po włosku, ale ten komunikat był aż nadto czytelny. No i się zaczęło. Dwie Polki tłumaczące cokolwiek jednemu Włochowi to dość mocny temat. Uwierzcie, gdy dodamy do tego charakterystyczny dla tamtego kraju dystans do siebie i innych, to możemy oczami wyobraźni zobaczyć scenkę, w której to ten mężczyzna próbuje zorientować się w sytuacji, a przy okazji poprawić nam humor i życzliwie się z nas podśmiewać. Zobaczylibyście jak moja towarzyszka podróży cudownie sobie poradziła i jak dzięki jej, o wiele lepszej, znajomości języka nie zostałyśmy bez dachu nad głową w te upalne mediolańskie dni.

Gdy dotarłyśmy na miejsce cieszyłyśmy się przeogromnie, a może i jeszcze bardziej. Udało się, można dopisać ten sukces na odpowiednie konto. Godzina do zameldowania była odpowiednia, wystarczyło, znaleźć dokładne mieszkanie i voilà, gotowe! Naiwny jest każdy, kto pomyślał, ze tak bezproblemowo się wszystko dalej odbyło. Otóż się nie odbyło. Osoba odpowiedzialna za wynajem nie odbierała telefonów, nam internet przestawał działać i zaczynała badać bateria. Dalej byłyśmy w czarnym miejscu, choć teraz może trochę bliżej. Po kilkunastu próbach, po informacji, że zameldować będziemy się mogły dopiero wieczorem, złości i śmiechu wymieszanymi po prostu ze zmęczeniem, dotarłyśmy instrukcje gdzie mamy iść, które drzwi otworzyć i z której szuflady z biurka wziąć klucz do naszego pokoju.

W momencie dotarcia na miejsce zwyciężyła chyba jednak szala przepełniona rozbawieniem, takim do łez. Zdjęcia prezentowane w internecie z rzeczywistością miały tyle wspólnego, że prawie nic i choć nie było tak źle jakby być mogło, to zdecydowanie był jeden element wystroju, który nie dawał nam spokoju. Kwestie wiary są mi naprawdę neutralne i obojętne, każdy ma prawo do swoich wyznań, wierzeń i o ile nie krzywdzi tym drugiego człowieka i nie narzuca mu swojego zdania, to się jak najbardziej dogadamy. Po jaką jednak cholerę, ktoś kto zajmuje się zarobkowo wynajmowaniem mieszkania zdecydował się na umieszczenie w nim wizerunku Matki Boskiej. Wszędzie. Na drzwiach w formie wielkiego plakatu, w holu, przy wejściu jako sporych rozmiarów figurkę, na sufitowej lampie w formie naklejek, nie wspominając o zawieszonym obrazku i mniejszych również ikonograficznych wizerunkach na kaloryferze. Wchodzisz i masz wrażenie, że ktoś chciał po prostu zrobić sobie żart, a potem dowiadujesz się, że klimatyzacja w tym pokoju, to akurat nie działa i że nam przykro, mogą sobie panie otworzyć drzwi, bo okno to nie wskazane, nic nie da, przy takiej temperaturze na dworze. Myślałam, że kocham ciepło, to podczas pierwszej nocy tam, uświadomiłam sobie jak nieprawdziwe jest to stwierdzenie.

.

Sama stolica Lombardii okazała się miejscem idealnym do tworzenia wspomnień.

.

Kilka dni zamieniło się w niesamowitą dawkę emocji i o ile czasem potrzebujemy wyjazdu na całkowite wyciszenie, złapanie dystansu. Tak ta podróż upłynęła tylko pod znakiem odkrywania i doświadczania. Pod znakiem dobrej zabawy.

Choć może to określenie to za mało, bo włoska dobra zabawa jest zupełnie inna niż ta na naszym podwórku. Tam gdy przechadzasz się ulicami możesz natknąć się na niepozorny budynek z którego wydobywa się tak głośna muzyka, że aż musisz przystanąć, a gdy już to zrobisz okazuje się, że to coś na kształt środowiskowej świetlicy, miejsca spotkań w której właśnie seniorzy urządzają sobie potańcówkę i to, uwierz mi, nie byle jaką. Kilka godzin później lądujesz na Placu Sempione, siadasz jak tubylcy z piwem zakupionym w pobliskim barze i obserwujesz jak to miejsce, które w ciągu dnia jest niemal puste, nagle wypełnia się masą ludzi, jak ktoś z nich rozstawia głośniki, a przechodnie dobierają się w pary i zaczynają tańczyć tango. Ich miejsce zajmie póżniej człowiek ze sprzętem do silent disco i Ty z rozgorzałej dyskusji na temat ewolucji zostajesz wciągnięta w zabawę, która z pozoru nie miała prawa się udać, a która przynosi Ci niesamowicie wiele radości. Tańczysz tam ze swoimi nowo poznanymi znajomymi. Jest wieczór, granatowe niebo podbija wszelkie żółte odcienie latarni. Ludzie śpiewają, wykrzykują tekst, bawią się tak jakby faktycznie nikt nie patrzył i się niczym innym nie przejmują. Koncentrują się tylko na tej zabawie, na tej radości jaką ona wywołuje.

Oprócz tego w stopniu niesamowitym celebrują jedzenie i to właśnie to doświadczenie wymieniam zawsze jako pierwsze w momencie, gdy ktokolwiek pyta mnie o moją podróż do Włoch. Mówię o tym jak jadłam tam najpyszniejsze lody świata, najpierw w wydaniu typowo turystycznym, a później w małej lodziarni, mieszczącej się w mediolańskiej dzielnicy artystów, gdzie za ladą stał przemiły starszy pan. Wracałyśmy do niego, bo po prostu nie można było inaczej. Ten smak chodził za Tobą cały dzień, a gdy spojrzysz na to jeszcze przez pryzmat pogody, no to sama rozumiesz..

Lody jednak lodami, to nie one aż tak na mnie wpłynęły i to nie one nauczyły mnie doceniać posiłki. Nie miałoby to miejsca, gdybyśmy ostatniego dnia nie zjadły pożegnalnej kolacji w miejscu do którego chodzą tylko tubylcy, w miejscu w którym, gdyby nie nasi włoscy znajomi zapewne nigdy byśmy się nie znalazły. Schowane jest bowiem za bramą i idąc ulicą są zdecydowanie większe szanse, żebyśmy je przegapiły niż się zainteresowały. Gdybyśmy zaś jakimś cudem znalazły się w środku to i tak wszelkie nadzieje spaliłby na panewce, nikt tam bowiem nie mówił po angielsku ani tym bardziej po polsku i zgodnie z tym karta też była tylko w jednym języku. My jednak miałyśmy szczęście i zaprzyjaźnionych przewodników, którzy niedość, że pozwolili nam spojrzeć na ten włoski wycinek rzeczywistości z kompletnie innej strony, to jako szanujący się przedstawiciele tamtej społeczności doskonale znali się na jedzeniu, a przynajmniej tak sądzili i potrafili rozmawiać o chociażby rodzajach makaronów godzinami. Przyznaję się bez bicia, że kompletnie tego nie rozumiałam. Potem jednak usiadłam przy ciemnobrązowym stole, w restauracji bez zbędnych zdobień, gdzie atmosfera była tak dobra, że chciało się zostać jak najdłużej. Dostałam kartę w języku, którego zupełnie nie zrozumiałam i musiałam się zdać na tych, którzy twierdzili, że wiedzą co robią. Było po 22. gdy zaczynaliśmy kolację. Przyniesiono pierwsze miski, z których każdy nakładał sobie tyle ile chciał. Przezornie nie jadłam zbyt wiele na raz. Nie pamiętam już ile razy nam coś donoszono, za to do tej pory pamiętam smak makaronu z pistacjowym pesto. Ten charakterystyczny posmak, to delikatne rozpływanie się w ustach. To był moment, kiedy już nie mogłam, a chciałam jeszcze jeść. Czułam, że mój żołądek za moment eksploduje, że absolutnie już nic nie zmieszczę, gdy podeszła kelnerka i zapytała czy może zaproponować deser. Co innego mogła stwierdzić Seklecka, jeżeli nie to, że oczywiście? To wtedy wśród gwaru rozmów rodzin zasiadający przy sąsiednich stolikach, po toaście za naszą podróż spróbowałam najlepszego tiramisu jakie kiedykolwiek jadłam i wtedy też zrozumiałam, że przepadłam, że jeżeli chodzi o kuchnie nic już nie będzie takie samo. Jedzenie przestało być samym jedzeniem. Przestało być nawet okazją, jedną z wielu do rozmowy, stało się procesem celebrowania i jakby śmiesznie to nie brzmiało. Mam od tamtej pory totalnie inne spojrzenie na kuchnie i zupełnie mniej uznaję byle jakości. Uwierzyłam w stwierdzenie, że gotowanie to sztuka i gwarantuję, że każdy, kto dotrze do takiego miejsca jak ta mała włoska restauracja w Bresci, stwierdzi to samo.

Brescia znalazła się na trasie naszej podróży całkiem przypadkowo, ale trzeba jej oddać, że wyniosła tę przygodę na całkowicie inny poziom. To tam weszłam do mieszkania, którego widok z balkonu wywołał u mnie szybsze bicie serca i to tam wypiłam pierwsze espresso, które mi faktycznie smakowało, a przygotowane było w najzwyklejszej kawiarce. To tam obudziłam się z zapachem deszczu przedostającym się przez otwarte okna i to tam chowałam się przed burzą w najprawdziwszym zamku słuchając jak ciężkie krople opadają na kamienną ścieżkę, którą kilkaset lat wcześniej przechadzali się jego założyciele.

Czas spędzony we Włoszech był niezwykły, wydarzyło się tak wiele rzeczy, ze spokojnie można było napisać książkę, a temat i tak pewnie nie byłby do końca wykorzystany. Przekonałam się, że otwartość na innych może być faktycznie czymś naturalnym i że szczera życzliwość w społeczeństwie nie jest wcale taka nieosiągalna. Nauczyłam się skupiać bardziej na chwili i nie przejmować się niedociągnięciami w swoich umiejętnościach. To wtedy z moim średnim angielskim przegadałam przecież ponad trzy dni i faktycznie się dogadywałam. Zobaczyłam wiele, cholernie wręcz wiele, ale to te wspomnienia, smaki, zapachy. Temperatura wody w fontannie do której weszłam, by przypomnieć sobie jak to jest, kiedy słońce grzeje trochę mniej. Kolor nieba podczas naszego tańca, widok z balkonu i zapach ziemi po deszczu, dźwięk kropel uderzających o okiennice i dotyk podnoszącego się wiatru na skórze, to te drobne rzeczy i wszelkie wydarzenia za tym stojące zapisały się w mojej głowie bardziej niż zwiedzone zabytki i choć w Mediolanie widziałam niemalże wszystko, to tego wszystkiego Ci nie wymienię. Mogę za to bez problemu opowiedzieć Ci z najdrobniejszymi szczegółami jak to jest nad tymi mediolańskimi kanałami jeść pizzę w towarzystwie miliona komarów i jak można w ten sposób poznać właściciela restauracji w której siedzisz, a potem jego historię życia. Opowiem Ci o ludziach, o rzeczach, które wywarły na mnie wielkie wrażenie.. bo to emocje nami rządzą, bo uczucia nami kierują i to one pozwalają tworzyć wspomnienia, a przecież je masz tuż pod nosem na codzień.

.

__________________________________________________________________________________________

Te teksty również mogą Cię zainteresować:

  • Mazury, oaza prawdziwego spokoju? – o wyjeździe zupełnie innym, w rytm spokojnego bicia serca i odpoczynku, gdzie nie dość, że dzielę się tym sierpniowym wyciszeniem to zdradzam namiary na obłędne jedzenie, a jakże by inaczej.

.

Trzymaj się i do następnego!



Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz