Co warto zrobić w grudniu? Subiektywny przewodnik po ostatnim miesiącu w roku.

Moja natura zbieracza daje się w ostatnim miesiącu roku jeszcze bardziej we znaki. Strony w kalendarzu zapisane mam najróżniejszymi pomysłami na prezenty dla najbliższych. Nazwami dań, które chciałabym przygotować właśnie teraz, gdy wszystko co rozgrzewające ma sens. Jest lista świątecznych wydarzeń we Wrocławiu, w których chciałabym wziąć udział. Pinterest zaś pęka mi w szwach od dekoracyjnych inspiracji. Lubię zbierać takie rzeczy i po artykule na temat moich talentów Gallupa nikogo nie powinno to dziwić. Jednocześnie staram się nie przekombinować, a w życie wprowadzić rzeczy dla mnie najważniejsze. Wszystkiego i tak nie byłabym w stanie zrobić/ przygotować/ kupić itd. Dlatego zawsze w tym okresie pojawia mi się w głowie pytanie

Co faktycznie warto zrobić w grudniu?

Umówmy się, co roku ten ostatni miesiąc wygląda nieco inaczej. Coś sprawdzam, coś modyfikuję, czegoś nie robię, żeby w tym czasie zrobić coś innego i masy rzeczy po prostu nie planuję. Mam ogólne zagadnienia, o których pamiętam. To ich zastosowanie sprawia, że mam obecnie najwięcej frajdy z tego czasu. Jestem jednak świadoma, że dla każdego z nas taka lista rzeczy może wyglądać zupełnie inaczej, dlatego moją traktujcie jako subiektywny przewodnik po ostatnim miesiącu w roku. Zresztą wiecie, na tym blogu, wszystko powinniście traktować jako mój subiektywny komentarz rzeczywistości.

Aaa! I jeszcze jedna niezwykle ważna rzecz. Nie narzucam na siebie żadnej presji związanej z poniższymi rzeczami. Chciałabym je zrobić, na podstawie wcześniejszych doświadczeń wiem, że będzie mi z tym przyjemnie, ale jeżeli coś nie wyjdzie, czegoś nie zdążę to absolutnie nic się nie dzieje. Spokój i cieszenie się chwilą. To przede wszystkim stawiam na piedestale.

Grudzień samoistnie upływa pod dyktando tych dwóch świątecznych dni i wiele czynności, które robimy ma właśnie ich znamiona. Obawiam się, że w moim przypadku z wieloma rzeczami nie będzie inaczej.

Punkt 1szy: udekorować dom.

Uwielbiam zapach iglastych drzewek i mam naprawdę dużą radochę z tego, że mogę go poczuć w środku miasta, we własnym domu. Nauczeni doświadczeniem kupujemy z moim mężczyzną drzewka w donice, żeby później oddać je miastu do ponownego zasadzenia, ewentualnie sąsiadowi z ogródkiem.

Kilka lat temu, kupiłam rzeczy, które określam zestawem podstawowym. Bombki na choinkę, poszewki na poduszki, zieloną girlandę, kilkadziesiąt metrów lampek, które akurat w moim domu mają zastosowanie przez cały rok, świąteczną pościel i stroik. Daleko mi do osób wymieniających dekorację co sezon. Dokupuję coś małego albo nie, ale z całą pewnością nie szaleję. Trochę dlatego, że nie widzę w tym sensu, cenię swoje pieniądze i z natury jestem jednak leniwym człowiekiem. Nie chce mi się biegać co dwanaście miesięcy w poszukiwaniu tego samego, skoro już mam to w domu. Choć przyznaję robię wyjątek dla jednej małej tradycji, którą sobie wymyśliłam i którą chciałabym faktycznie kontynuować.

Co roku kupuję jedną nową bombkę. Nie biegam za nią specjalnie, to raczej wynik przedświątecznej wizyty w jednej z galerii czy wielu świątecznych kiermaszy. Symbol kolejnego wspólnie spędzonego roku z moim chłopakiem. Decyzja o jej zakupie zapada w zgodzie z jedną zasadą: ma nam się obojgu spodobać i tyle.

Jestem typem tego nieco nostalgicznego człowieka, który lubi mieć w domu zdjęcia na ścianach, tworzy swoją małą skrzynię wspominkowych skarbów i uwielbia nadawać indywidualny charakter takim rzeczom jak chociażby bożonarodzeniowe drzewko. Oczami wyobraźni widzę jak za kilkanaście lat opowiadam historię tych różnorodnych ozdób swojej rodzince, choć jak potoczy się to zupełnie inaczej i nie będę mieć takiej możliwości to też się nic nie stanie.

Punkt 2gi: wprowadzić grudzień do kuchni.

Przyznaję, że nie spodziewałam się, że gotowanie mnie kiedykolwiek tak ogromnie zafascynuje i że będę prowadzić rozmowy o tym, że jedzenie to sztuka. Tymczasem właśnie na takim etapie jestem. Na etapie, w którym w pełni świadoma przyjmuję jak mało wiem o tajnikach gotowania, a jednocześnie bardzo chciałabym, żeby przygotowywane przeze mnie dania były czymś więcej niż posiłkiem dostarczającym potrzebną do życia energię.

Eksperymentuję więc, próbuję, podglądam techniki lepszych ode mnie i czytam to co napisali. Starając się zrozumieć wszelkie zasady jakie w kuchni rządzą. Po to by je móc stosować i po to by je móc także łamać.

Tegoroczny grudzień jest pierwszym, podczas którego kładę tak duży nacisk na sezonowość potraw i gdy staram się poruszać w kuchennej przestrzeni zgodnie z rytmem roku. Chcę nacieszyć się w pełni daniami wypełnionymi nutą cynamonu i goździków. Docenić rozgrzewające walory zimowego menu i wyjść poza swoje utarte schematy. No i powiem Wam, że wcale to nie jest takie łatwe.

Większość grudniowych potraw odbija się bowiem od wigilijnego planowania, a mnie o wiele bardziej interesuje te dwadzieścia parę dni, pozostawionych bez konkretnych ustaleń. Znalazłam więc sobie co warto jeść w obecnie panującym czasie i na podstawie tego próbuję znaleźć przepisy, które by mi to wszystko spięły lub chociaż pozwoliły na inspiracje.

W grudniu mam zamiar przyrządzić lub spróbować:
  • pieczona jabłka z żurawiną
  • piernik z powidłami – do niego już miałam pierwsze podejście. Wyszedł bardzo dobry, ale nie był to w pełni smak, którego szukam.
  • cynamonki – może w końcu uda się je robić
  • pierniczki dekorowane lukrem
  • grudniowa owsianka – którą wymyśliłam sobie w zeszłym roku, a która jest niedość, że banalnie prosta to jednocześnie przepyszna.
  • chałka pieczona w domu
  • śliwki w czekoladzie
  • pudding ryżowy z cynamonem – no bo jakżeby inaczej
Z dań głównych:
  • zupa cebulowa z grzankami – nigdy nie jadłam, ale na wszystkich grupach związanych z jedzeniem słyszałam nad nią tyle zachwytów, że w końcu sama chcę spróbować. Nie wiem tylko czy najpierw sama ją ugotuję czy odwiedzę polecaną restaurację z zupą cebulową w menu.
  • czerwony barszczyk – jako dziecko nie lubiłam, teraz zajadam przy wszystkich możliwych okazjach.
  • zupa krem z pieczonej marchewki – już wypróbowana, wyszła pyszna
  • smażona brukselka – tak, wiem, że są ludzie którzy uważają, że brukselka to warzywna pomyłka, która nie powinna istnieć. Nie rozumiem, bo osobiście bardzo lubię, a upieczona z dodatkiem czosnku, cebulki i sosu sojowego jest mega fajną sprawą.
  • casserole – to akurat wynik zainteresowania się tradycyjnymi daniami na amerykańskim stole, podczas Święta Dziękczynienia.
  • wegetariański bigos z przepisu Jadłonomi – robiłam w zeszłym roku i uważam, że to jedna z najlepszych wersji tego dania, jaką kiedykolwiek jadłam.
  • risotto marchewkowe
  • ziemniaczki hasselback – tym razem z bloga ErVegan. Zamiast tofu można postawić na chrupiący bekon.
  • kaczka w jabłkach lub pomarańczach

No dobra, nie będę wypisywać wszystkiego. Pewnie trochę dań i tak poopisuję u siebie na InstaStory, ewentualnie te najlepsze pojawią się w podsumowaniu miesiąca. Każde sprawdzone zaktualizuję pod względem linka, o ile będzie warto do niego odsyłać. Oprócz powyższych rzeczy nie zapomniałam też o rzeczach najbardziej podstawowych i oczywistych jak chociażby gorąca czekolada z piankami czy grzaniec.

Punkt 3ci: zrobić porządek w najważniejszych przestrzeniach

Tegoroczne wydanie tego punktu jest chyba najpoważniejszą jego wersją. Od początku miesiąca systematycznie bowiem robię porządki w każdej swojej domowej przestrzeni. Poszło mi na tyle dobrze, że ze sporą ilością rzeczy się po prostu pożegnałam. Zrobiłam też przy okazji poważne przemeblowanie w sypialni. Nie wiedzieć czemu odzyskiwanie wolnego miejsca stało się dla mnie celem numer jeden i nie będę ukrywać, że bardzo się z tego cieszę.

Porządki jednak robię także na wszystkim tym co udało mi się w ciągu kilku ostatnich miesięcy zapełnić do granic możliwości. Wszystkie moje elektroniczne nośniki ( z wyjątkiem kart do aparatu, które formatuję na bieżąco) wymagają szybkiej interwencji i nowego systemu działania. Wolny czas przeznaczam więc na przeglądanie folderów, które kiedyś wydawały mi się niezbędne. Dziś sens ich trzymania jest nie do wytłumaczenia. Usuwam zapisane projekty, dawno już skończone i oddane. Wszystkie próbne wersje zdjęć, mające ułatwić mi decyzję w którą stronę obróbki idę tym razem i inspiracje, które w moim przypadku znajduję nie tylko na Pintereście. Przy okazji zbierając materiały do wywołania.

Punkt 4ty: przygotować zdjęcia do stworzenia domowych albumów i zrobić sobie świąteczną sesję.

Przełom roku wydaje mi się idealnym czasem do wywołania tego co z uporem maniaka kolekcjonowałam przez wszystkie minione miesiące. Bardzo lubię zatrzymywać wspomnienia w czasie. W tym też pewnie trzeba upatrywać powodu dlaczego zostałam fotografem. Z każdym oddanym zleceniem, wywoływanymi odbitkami myślę sobie jak świetną będzie to pamiątką minionych wydarzeń i jak cudne emocje towarzyszyć będą oglądającym to osobą. Nie mogłabym pozbawić tego też siebie. Dlatego na codzień dość często wyjmuję telefon i robię ogromnie dużą ilość zdjęć. Naprawdę ogromną. Część z nich udało mi się w tym roku przeglądać na bieżąco, części niestety nie i robię to właśnie w grudniowe wieczory. Wszystko przygotowane puszczę niedługo do druku i po nowym roku będę wklejać do tradycyjnego albumu. Takiego z miękką okładką, czarnymi stronami i pergaminem pomiędzy nimi. Takiego, który ma w sobie niesamowitą magię i jest idealnym otuleniem dla ważnych życiowych chwil.

No i chciałabym też w końcu sobie samej zrobić kilka świątecznych zdjęć, tym razem nie z telefonu. Wiecie jak to jest najczęściej w takich przypadkach. Szewc bez butów chodzi. Myślę, że to dobry czas, żeby to lekko zmienić. Jednym z moich postanowień na nowy rok jest częstsze robienie sobie samej i swojej rodzinie profesjonalnych zdjęć, takich jakie robię swoich klientom, spokojnych, z czasem na śmiechy i nastawionych na świetne spędzenie czasu. Moi rodzice jeszcze nie wiedzą, ale planuję nam kilka takich sesji w 2022. Chłopak też się niedługo dowie o podobnym pomyśle, będę miała mnóstwo materiału, żeby Wam potem opowiedzieć jak przekonywać nieprzekonanych do zdjęć.

Punkt 5ty: Zanurzyć się w grudniowo – świątecznej atmosferze.

Co w moim przypadku oznacza wszelkiego rodzaju składanki muzyczne, podczas słuchania których robi się cieplej i radośniej na serduszku. Lekko wzruszające filmy, w których nie brakuje zimowych krajobrazów. Wciągające książki czytane do rana. Zapach suszonych pomarańczy z towarzyszącymi im goździkami i wizyty na grudniowych kiermaszach.

Ach! No i może wysyłanie świątecznych kartek, o ile nie przypominacie sobie o nich tak jak ja, tuż przed świętami. W tamtym roku chciałam takie świąteczne pocztówki zrobić własnoręcznie no i wszystko super fajnie, ale na ten pomysł wpadłam w listopadzie. Przekonana, że nie zapomnę nigdzie go sobie nie zapisałam i ostatecznie kilka dni przed świętami sobie o nim przypomniałam. W tym roku nie jest lepiej, choć dla odmiany kartki mają szansę jeszcze dotrzeć na czas, więc może będzie to ten moment, gdy to faktycznie zrobię.

Punkt 6ty: Zaplanować sobie dzień totalnie na luzie.

Dzień w którym nic się nie musi, a wszystko może. Gdy z czerwonym nosem i kubkiem parującej czekolady spokojnym krokiem przejdzie się po jednych z najładniejszych wrocławskich parków. Albo z uśmiechem wejdzie na lodową tafle, by przypomnieć sobie, że tak bardzo lubi się jeździć na łyżwach. Pójdzie na spacer po udekorowanych uliczkach i zaczepi o bożonarodzeniowy jarmark. To dzień w którym bez najmniejszych wyrzutów sumienia nie wychodzi się z piżam i ogląda cały dzień ulubiony serial albo czyta kolejną książkę ulubionego autora. Próbuje nowych rzeczy, spędza czas ze znajomymi albo wysypia choć na chwilę za wszystkie czasy. Możliwości jest całe multum. Najważniejsze to pamiętać, żeby taki dzień sobie wgl zrobić.

O tym, że grudzień to nie tylko dwa świąteczne dni też by było dobrze pamiętać. Nie dajmy się zwariować w ten czas podobno największego spokoju w ciągu roku.

Trzymajcie się i do następnego!
Kasia 😀

Aaaaa rok temu powstał wpis o grudniowych przyjemnościach, do niego też polecam zajrzeć.

Dodaj komentarz