Enigma RestoBar, czyli byłam w końcu na Restaurant Week.

Czwartek, wybija na zegarze równo dwudziesta pierwsza piętnaście gdy meldujemy się w drzwiach wrocławskiej restauracji. Jesteśmy punktualnie, co samo w sobie jest już dużym wydarzeniem. Pozytywnie nastawieni, gotowi by sprawdzić fenomen niedawno otwartej Enigmy Resto & Bar, a przede wszystkim głodni, oczekujemy na zaproszenie do środka. Festiwalowa rezerwacja już za nami czeka, gorzej z przygotowanym stolikiem. Ten jest jeszcze w powijakach. Wokół kręci się zaoferowana obsługa, która faktycznie uwija się bardziej niż mniej, by jak najszybciej to wszystko przygotować. Jeden z kelnerów, jak się później okazuje Pan Rafał, przeprasza nas za zaistniałą sytuację, ale przeprasza tak, że o nic się nie gniewamy. Nie moglibyśmy. Pierwszą swoją wypowiedzią rozbudza naszą sympatię.

Muszę przyznać, że wiele słyszałam o Enigmie. Zawsze pochwała goniła pochwałę. A jedyne rysy jakie się pojawiły były niewielkimi śladami codziennego użytkowania. Rysami potrzebnymi, by być pewnym, że oto miejsce z krwi i kości, a nie bajka dobrego marketingu. Wtedy Enigma wylądowała na liście restauracji do odwiedzenia. Nie spieszyło mi się jednak z zawitaniem w jej progi. W końcu ta lista jest dość długa, a niektóre pozycje znalazły się na niej jeszcze zanim świat stanął na głowie. Pewnie do tej pory bym do Enigmy nie zawędrowała, gdyby nie Gastropodcast, w którym gościem był Marcin Korczak – szef kuchni z wspomnianej restauracji. Zaproszono go do odcinka o znaczeniu opinii zostawianych przez gości. Opowiadał o swoim podejściu, o tym jak bierze pod uwagę zdanie ludzi, których karmi. Najbardziej chyba jednak ujął mnie pokorą, tym prostym stwierdzeniem, że kucharz też może być omylny i że dobry kucharz nie powinien się zamykać na opinie. Musi je filtrować, ale ich nie unikać. Pomyślałam sobie wówczas, że lubię tego człowieka, choć nie mam pojęcia jak wygląda ani tak naprawdę czy snute opowieści mają pokrycie w rzeczywistości. Musiałam to sprawdzić.

Z pomocą przyszedł festiwal, który rok temu przegapiłam. Restaurant Week we wrocławskim wydaniu oferował bardzo wiele ciekawych opcji. Ja pozostała jednak niewzruszona. Nastawiłam się bardzo na wizytę w tej dopiero co w sumie otwartej restauracji. Bańka oczekiwań z każdym pozytywnym komentarzem narastała. Doszłam do momentu, gdy niepokoiłam się, że Enigma temu wszystkiemu nie sprosta. Jest taka cienka granica, którą zdecydowanie zbyt łatwo można przekroczyć i która sprawia, że radość i ekscytacja zamienia się w niepokój. Balansowałam na tej cienkiej linie, cały czas lekko się kołysząc i cały czas mając nadzieję, że nie spadnę na twarz.

Szłam na festiwal ze swoim mężczyzną. Zgodnie stwierdziliśmy, ze chcemy spróbować wszystkiego i że testujemy oba proponowane menu. Zarówno to bardziej mięsne, jak i to mięsa pozabwione. Jakaż to była dobra decyzja!

Przystawki. U mnie na talerzu szparagi podane z mozarellą bufala i pesto, polane oliwą z trawy cytrynowej własnej roboty. U mego mężczyzny tatar z grubosiekaną wołowiną na grzance, oliwa truflowa, ostrygi, estragon, orzechy i domowe kiszonki.

Obie mające bardzo wiele do zaoferowania pod względem smaków. Obie potrafiące czymś zaskoczyć. Szparagi w tym wydaniu zawędrowały już do mojej inspiracyjnej strony w przepiśniku. Niewątpliwie będę próbowała stworzyć swoją wersję na ten temat w domowych warunkach. Co już samo w sobie bardzo wiele dobrego mówi o tym daniu. Nie wszystkie zjedzone dania mam potem ochotę odtwarzać w domu.

W temacie tataru muszę się przyznać, że był to mój pierwszy raz, gdy odważyłam się tego surowego mięsa spróbować. Nie raz i nie dwa wcześniej próbowano mnie do tego przekonać, a ja nie raz i nie dwa, odmawiałam. Umówmy się, surowe mięso i rozlane jajko, w ogromnej ilości przypadków, nie wyglądają apetycznie i absolutnie nie zachęcają do spróbowania. Inna inszość, że nigdy też usilnie nie poszukiwałam miejsc, które w tatara potrafią. Do tej pory było to raczej danie przeze mnie pomijane. Na festiwalu wszystkie te czynniki, które w minionych sytuacjach mnie nie zachęcały, zagrały jak trzeba. Spróbowałam, choć trzeba przyznać, że bardzo niepewnie. Inaczej zawsze wyobrażałam sobie strukturę tego dania i nie wiem czy moje wyobrażenie było mylne czy może to ta grubo siekana wołowina w tym konkretnym tatarze zrobiłą całą robotę. Tak czy siak smakowało mi. Tatarowy debiut wyszedł naprawdę dobrze, a ja w przyszłości nie będę już tak bardzo opierać się przed próbowaniem kolejnych jego wariacji.

Dania główne. Wersja bezmięsna proponowała burgera z jackfruitem. Maślana bułka, wspomniany chlebowiec, sojonez, pomidor, sałata, kolędra, jalapenos. Propozycja mięsna stawiała na pappardelle własnej roboty ze strusiem. Do tego szparagi, suszone pomidory, szalotka, czosnek niedźwiedzi, sos śmietanowy i ser gruyere.

Makaron przepyszny. Ja, fanka największa tego kulinarnego składnika, byłam w siódmym niebie. Nawet ten nieszczęsny ser gruyere do którego na codzień mam bardzo ambiwalentne odczucia tutaj działał tylko na korzyść. Domowe pappardelle rozpływało się w ustach. No i do tego jeszcze suszone pomidory, szparagi i struś, który dołączył do moich smakowych debiutów… no było to ogromnie dobre. Całe szczęście, że to danie jest na codzień dostępne w karcie restauracji. Ja jeszcze na nie wrócę.

Burger z jackfrutiem też mnie bardzo pozytywnie zaskoczył i z tego co się zorientowałam jego też możecie spróbować w Enigmie na codzień. Strukturą składników tutaj raczej trudno się pobawić, ale smakowo zadbano o świetną wariację. Jackfruit dopełniony jalapeno jest strzałem w dziesiątkę. Chrupiąca maślana bułka, sojonez, pomidor… wiecie to nie brzmi nadzwyczaj wyszukanie, a jednak absolutnie nie jest to danie nudne ani oczywiste. Miałam przy nim małe zastrzeżenie co do ciepłości bułki. Świetne było to, że mogłam tę uwagę przekazać bezpośrednio szefowi kuchni, który faktycznie w którymś momencie sam z siebie pojawił się na sali, aby zebrać opinie. Pracowałam w gastro, wiem jakie podejście można mieć do uwag klienta, jak często kelnerzy też ich nie przekazują. Dlatego tym bardziej cenię zachowanie Marcina, który wysłuchał, wyjaśnił zamysł dania i faktycznie sobie tę moją uwagę odnotował. To był moment, gdy pomyślałam, że chęć skonfrontowania internetowych opinii z rzeczywistością była świetnym pomysłem i że Marcin nie tylko wyszedł z niej obronną ręką, ale wręcz wyjechał na białym koniu.

A potem zapowiedział deser, który miał poprzeczkę zawieszać jeszcze wyżej.

I faktycznie zawiesił.

Deser. Sernik mango z białą czekoladą, oreo, ziemią orzechową, jeżyną i żurawiną. Dla mnie osobiście mistrzostwo świata wśród deserków. Słodkość białej czekolady przełamana kwasowością owoców. Rozpływający się sernik i chrupiące orzechy z ciastkiem oreo. No mój jeny! Jedzeniowe niebo pod każdym względem. Niewątpliwie było to zamknięcie z przytupem.

Do Enigmy wrócę, już powiedziałam przyjaciołom, że się musimy tam wybrać i zapewne nie raz będę ją jeszcze polecać. To takie miejsce, gdzie faktycznie widać, że kucharz ma w zanadrzu masę doświadczeń, ogrom wiedzy i wie co robi. Obsługa o Ciebie dba, a sam klimat miejsca wywołuje uśmiech na twarzy. Bardzo lubię chodzić do takich restauracji. Odkrywać nowe smaki, niecodzienne połączenia. Rozmawiać z uśmiechniętymi kelneram. Inspirować się i zachwycać. Po prostu naprawdę pysznie zjeść.

Co do samego Restaurant Week uważam, że to naprawdę świetna idea i z całą pewnością w następnej wrocławskiej edycji także wezmę udział. Tobie też polecam.

Trzymaj się i do następnego razu!
Kasia 🙂

Dodaj komentarz