Jak wyglądał rok 2020?

Chyba dawno żadnego zakończenia roku znaczna część globalnego społeczeństwa nie oczekiwała tak bardzo jak roku 2020. Nie ma co się dziwić, w końcu mocno dał nam wszystkim w kość i niezaprzeczalnie odcisnął swoje piętno w naszej rzeczywistości. W grudniu licznie docierały do mnie głosy, że już chcemy by przyszedł następca tego starszego pana i by ze swoim powiewem świeżości odczarował magicznie świat, wrzucił go spowrotem na tory normalności. Muszę przyznać, że pierwszy raz to ja w rozmowach ze znajomymi byłam tą, która stopowała to niby optymistyczne podejście. No bo czy naprawdę jesteśmy wstanie uwierzyć, że jedna zmiana cyferki w kalendarzu zagwarantuje nam życie jakie wiedliśmy przed pandemią? Życzę nam, by jak najszybciej kwestia koronawirusa została opanowana, jednocześnie jestem świadoma, że jej opanowanie nie gwarantuje starego ładu. Nie będzie jak dawniej. Wszystko ma swoje skutki, tym bardziej trwająca już ponad rok ogólnoświatowa pandemia. Z tym trzeba się po prostu pogodzić.

Moje plany podróżnicze na przykład na miniony rok były bardzo ambitne. Po kamperowej wyprawie do Gielsenkierchen, pierwszej podróży do Włoch, odkrywaniu uroków Polski i niespodziewanych wycieczek za zachodnią granicę w 2019 roku chciałam jeszcze więcej. Apetyt faktycznie rósł w miarę jedzenia, a ja nie miałam zamiaru go powstrzymywać. Obudził się we mnie duch podróżnika, odkrywcy, chciałam poznawać, oglądać, doznawać najróżniejszych przygód. Co z tego wyszło, nie trudno się domyślić.

W aspektach życiowego realizowania się też sporo kwestii miało wyglądać zupełnie inaczej i nie mogę tu powiedzieć, że pandemia jest wszystkiemu winna, bo nie jest. W dużym stopniu to ja źle zagospodarowałam swój czas, najczęściej skupiając się na tym co na bieżąco wpadało mi do głowy, a było tego niemało. Chciałam wszystko zrealizować na raz. Pomysł rodził pomysł, po czasie też moją frustrację. W roku 2020 z całą pewnością nie potrafiłam wyznaczyć sobie priorytetów tak jak należy. Z mało czego też się po prawdzie rozliczałam sama z sobą i dopiero podczas urodzinowych podsumowań dotarło do mnie jak bardzo ten czas uciekł mi przez palce.

Przez zakończenie kelnerskiego etatu wskoczyłam trochę w buty codziennego bycia w domu i wiecznego poczucia posiadania czasu, którego wcale nie posiadałam. Robiłam mnóstwo rzeczy, większość z nich jednak nie zbliżała mnie do tego co sobie wymyśliłam. Jeszcze jakiś czas temu plułabym sobie z tego powodu w brodę i miała ogromne wyrzuty sumienia. Dzisiaj z uśmiechem zauważam, że mimo to zrobiłam kilka rzeczy, które mają dla mnie niesamowicie dużą wartość i które są wyznacznikiem działań na przyszłe 12 miesięcy. Kompletnie inaczej podeszłam też do samego tematu planowania, rozumiejąc w końcu, że tu wcale nie chodzi o to by się samej ze sobą ścigać i że nie muszę w ciągu roku zrealizować 5 letniej wizji. Dotarło też do mnie, że nie wszystko dzieje się naraz, a mniej znaczy więcej. To ostatnie bardzo wzięłam sobie do serducha.

Zanim jednak opowiem Ci jak widzę swój 2021 należałoby spojrzeć wstecz. Bez dobrego podsumowania i wyciągniętych z niego wniosków nie można mówić o dobrym planie na przyszłość. Rozpisywałam swoje podsumowanie w przedostatni dzień roku, siedząc na pociągowym fotelu. Zrobiłam to w formie mapy myśli, w dużym stopniu korzystając z notatek robionych na telefonie, zapisanych zdjęć i kanałów społecznych. W głowie miałam wyobrażenie czasu w którym działo się niewiele, o sporej ilości wydarzeń zdążyłam pozapominać. Tymczasem rzeczywistość, jak to zazwyczaj ma w zwyczaju, postanowiła mnie zaskoczyć. Tym razem bardzo pozytywnie.

Styczeń

  • Zaczęłam od skrócenia włosów. Od decyzji, którą podejmowałam zdecydowanie zbyt długo.
  • Wtedy też samoistnie zaczęłam więcej bawić się w gotowanie. Próbowałam coraz to nowsze przepisy, eksperymentowałam, zaczęłam szukanie smaków, nie wiedząc jeszcze, że będę mieć z tego tak dużą frajdę i że z każdym kolejnym miesiącem będę wkręcać się w to gotowanie coraz mocniej.

Luty

W lutym nie zadziało się absolutnie nic odbiegającego od normy, ot codzienne, zwykłe życie. Z wibracyjnym pomrukiwaniem Balbiny, dużą dawką miłości od mojego mężczyzny i pomysłami w głowie rodzącymi się w ekspresowym tempie. Wiodłam sobie spokojne życie człowieka, niewiedzącego, że lada moment ta znana codzienność ulegnie globalnej zmianie.

Marzec

  • Zakładam lampki na balkonie i coraz więcej czasu spędzam właśnie na nim. Jest początek marca, tuż za rogiem czai się lockdown.
  • Do Polski dociera pierwsza fala koronawirusa. Wprowadzają obostrzenia, w kraju panuje ogólny strach przed nieznanym. Kończy się moja przygoda z kelnerskim etatem. Z dotychczasowych zajęć to chyba lubiłam najbardziej. Gastronomia w tej wersji, którą poznałam była bardzo specyficznym miejscem, ale wartym uwagi. Po ponad 1,5 roku pracy w tej branży dochodziłam jednak do momentu, gdy pomału przestawałam w niej lubić ludzi, głownie klientów i troszkę jednak się cieszę, że przyszła ta pandemia, a ja nie stałam się najbardziej typową kelnerką z wywaleniem na wszystko i wszystkich. Finansowo zadbałam o siebie na tyle, że ta strata pracy nie była dla mnie żadnym problemem i muszę powiedzieć głośno, że to jedna z tych rzeczy, które w tym roku wywołały moją największą dumę.
  • Zostaje nominowana do instagramowego wyzwania, w którym motywem przewodnim jest docenienie kobiety przez kobietę. Piękna sprawa, w której wyjątkowo chętnie biorę udział. Robię to jednak po swojemu i tym sposobem akcja przenosi się w nieco inny wymiar, a mi samej przychodzi do głowy pomysł, aby to powtarzać. Potem zaś by zrobić z tego większą społeczną akcję, której jeszcze nie zrealizowałam, ale którą mam zapisaną w odpowiednim miejscu i do której chcę wrócić w tym roku. To też idealny przykład tego jak szybko rodzą mi się pomysły i jak równie ekspresowo potrafią zwiększać swą skalę.

Kwiecień

  • To głównie lockdown i spędzanie niemalże każdego czasu z moim mężczyzną. Zamknięci w mieszkaniu dzieliliśmy przestrzeń do pracy, relaksu, odpoczynku i życia codziennego. Gdzieś przeczytałam w tym czasie, że to też idealny sprawdzian dla par. My swój zdaliśmy śpiewająco.

  • Czas tej kwarantanny przyniósł jeszcze jedną dobrą rzecz. Postanowiłam wyjąć z szuflady aparat. Przeprosiłam się z nim po ponad dwóch latach nieużywania i zaczęłam na nowo czerpać radochę z fotografowania. Z tego kwietniowego spontanicznego działania zrodziły się plany na cały 2021 rok.

  • Mimochodem zrealizowałam swoje pragnienie o posiadaniu kwiatków w domu. Zawsze podobały mi się wnętrza wypełnione roślinnością, doszłam więc w kwietniu do wniosku, że to najwyższa pora bym wprowadziła je też do swojej przestrzeni. No i się wkręciłam na całego. Tematyczne grupy na facebooku, kanały na youtubie, coraz więcej czytania, szperania by w końcu znaleźć rośliny, które będą cieszyć oko, ale zarazem nie będą wymagały mojej całkowitej uwagi. Bardzo lubię kwiatki, ale znam siebie na tyle by wiedzieć, że im bardziej odporna roślinka jest na susze tym jej w moim domu lepiej. Z takim nastawieniem też dokonywałam zakupów, choć muszę po czasie stwierdzić, że dbanie o nie idzie mi lepiej niż sama zakładałam.

  • W kwietniu też upiekłam swój pierwszy tort, rozpoczynający dobrą passę w całym roku.

Maj

  • Dorobiłam się roweru na wrocławskim podwórku i niezaprzeczalnie było to wydarzenie miesiąca. Uwielbiam korzystać z tego środka transportu i nie ma co ukrywać brakowało mi go od wyprowadzki z rodzinnego domu. We Wrocławiu, mieście wiecznie wykolejających się tramwajów i nie przejeżdzających na czas autobusów, rower siłą rzeczy ma jeszcze większą wartość dodatnią. Nie tylko nim jeżdżę na zakupy, spotkania, czy do biblioteki po kolejne książki, ale dzięki rowerowym podróżom poznałam lepiej stolicę Dolnego Śląska i znalazłam wiele przepięknych miejsc, idealnych do sesji plenerowych.

  • Pojechałam zdobywać swój pierwszy szczyt Korony Gór Polskich z jednymi ze swoich najbardziej ulubionych ludzi. Wybraliśmy się do Gór Bardzkich i spacerowym tempem weszliśmy na Kłodzką Górę. Wycieczka na pół dnia, a zabawy co nie miara. Polecam bardzo.

  • Gdybym miała wymienić swoje skojarzenia związane z ostatnim miesiącem wiosny niewątpliwie w pierwszej piątce znalazłby się „grill”. Ubiegłoroczny maj był czasem chwilowego oddechu w koronawirusowej rzeczywistości. Tym sposobem mam na koncie niezwykle pozytywne wspomnienia związane z grillem na wrocławskich garażach czy na podwrocławskim osiedlu. Tam zresztą bywałam w zeszłym roku naprawdę często i cieszę się z tego faktu ogromnie.

  • Pisałam też pierwszy raz na starodawnej maszynie do pisania i jakież to jest fantastyczne uczucie! Powiedziałam sobie kiedyś, że jedna z moich książek powstanie właśnie na takim sprzęcie i jestem przekonana, że tak będzie, choć to raczej nie będzie ośmiusetstronicowa powieść.

  • Upiekłam kolejny tort, który ponownie zebrał masę pochwał.

  • I zjadłam przepyszne lody w trzebnickiej lodziarni, przy okazji odkrywając uroki tego miasta.

Czerwiec

  • Chwilowy powrót do normalności i otwarcie restauracji sprawiło, że postanowiłam sprawdzić pizerrie Santo Tutti. Zachwytu nie było, ale nadal pamiętam jak bardzo cieszyłam się ze wszystkich takich sytuacji i jak mocno doceniałam każde wyjście. Zajrzałam też do Monko Cafe, które odkryłam dzięki Instagramowi i któremu bardzo kibicuje, bo właściciel wkłada tam masę serducha. Oprócz tego kiedy się dało pracowałam w ulubionej kawiarni i starałam się faktem jej otwarcia nacieszyć tak bardzo jak się tylko dało.

  • Mnóstwo grałam w piłkarzyki.

  • Spadłam z drabiny, podczas zbierania czereśni i zrobiłam sobie niezłą szramę na plecach, która całe szczęści postanowiła się zagoić.

  • Dalej eksperymentowałam z gotowaniem, wprowadzając coraz więcej roślinnych przepisów do swojej kuchni. To zresztą dzieje się nadal i dziać będzie, bo nadal moja ciekawość nie została zaspokojona. Nie określam się jednak w żadnych ramach, nie deklaruje, że z czegokolwiek zrezygnuje czy nie przymuszam się do ograniczenia jakiś produktów. Dla mnie to proces odkrywania nowych smaków, nieco większej świadomości w kwestiach gospodarki, a przy okazji w temacie ekologii. Chłonę to, wprowadzam zmiany w swoje nawyki w tym co uważam za słuszne i jestem otwarta na całą wiedzę. Planu na to jednak nie zakładam, będę jedynie obserwować w jaką stronę to podąży.

  • Wzięłam udział w targach designu w Browarze Mieszczańskim, gdzie kupiłam przepiękną grafikę malowaną na drewnie z hasłem, które uwielbiam i które traktuje jako życiowe motto.

  • No i najważniejsze wykonałam Test Gallupa, o którym nie będę rozpisywać się zbyt wiele, bo na blogu jest już artykuł zarówno wprowadzający w temat, jak i z opracowaniem kilku moich talentów.

Lipiec

  • Kulinarnym sukcesem było upieczenie pierwszej w życiu Bezy Pavlova, która nieskromnie mówiąc była przepyszna i do której dość często wracam. Nasłuchałam się jakie to trudne zadanie, tym bardziej satysfakcja była ogromna. Nie twierdzę jednak, żeby było to faktycznie tak trudne i nie wynika to z braku mojej skromności, a z przerysowanych historii.

  • Zaczęłam chodzić z powrotem na mecze żużlowe, otworzyli bowiem stadiony. Tym sposobem mogłam obejrzeć przepiękne otwarcie Grand Prix we Wrocławiu. Jakie to były emocje, jakie to było widowisko!

  • Umówiłam się na kilkanaście fantastycznych sesji. Wszystkich efektów do tej pory nie zdążyłam Wam jeszcze pokazać. Zadziała się w sierpniu jednak magia!

  • W lipcu dalej zaaferowana roślinkami wymyśliłam sobie, że super byłoby mieć tę monsterkę co to cały Internet nią żyje, a że spełniała warunki dość prostej uprawy zaczęłam się za jakąś rozglądać. Nim jednak poszłam do sklepu, pojawiło się pytanie czy chcę zająć się mocno zaniedbanym okazem. Chciałam, stwierdzając, że w sumie nie mam nic do stracenia, jedynie się mogę sporo nauczyć. Uspokajam jednak, że monsterka ma się fantastycznie, a nawet jej pierwszy bejbik poszedł w świat.

  • To jest też ten moment, gdy często odwiedzam dopiero co otwartą Halę Świebodzką i kilka beach barów, o jednych i drugich pojawią się jeszcze na pewno oddzielne wpisy.

Sierpień

  • Pojechałam na weekendowy wyjazd nad morze. Stwierdzenie, że to był krótki wypad, ale intensywny jest jak najbardziej na miejscu. Zdążyłam nacieszyć się plażą, zobaczyć Klif Orłowski i się nim faktycznie zachwycić, zjeść przepyszną szarlotką z lodami z widokiem na morze, pospacerować po Jarmarku Dominikańskim i odkryć restaurację z przepyszną rybą w Gdańsku.

  • Wtedy też miała miejsce osiedlowa integracja, która trzeba oddać była super pomysłem jednego z moich sąsiadów. Bawiłam się na niej świetnie i stwierdzam, że takie wydarzenia są bardzo potrzebne.

  • Najważniejszą zaś rzeczą, która zadziała się w sierpniu był zakup bezlusterkowca. To zarazem była też jedno z najważniejszych wydarzeń roku. Różnica pomiędzy moim nowym sprzętem, a tym starym jest kolosalna i nie ma tak naprawdę czego porównywać. Ogromnie się cieszę, że się przesiadłam.

  • Siłą rzeczy robiłam coraz więcej zdjęć, a w głowie pojawił się pomysł założenia fotograficznego bloga.

Wrzesień

  • Rozpoczęłam od udziału w zielonogórskim winobraniu. W ten sposób świętowaliśmy urodziny Michała. Jaki tam był klimat! W tym roku winobranie jest już zaplanowane i na pewno odwiedzę Zieloną Górę, chociażby bo kolejną butelkę słodkiego musującego wina z Bachusowego Pola czy żeby zjeść przepyszną focaccie w restauracji na rynku, której nazwy niestety nie pamiętam.

  • Potem były kolejne urodziny, tym razem w wydaniu imprezy przebieranej. Temat przewodni zamiana ról. Panie stawały się panami, panowie paniami. Ile przy tym było śmiechu, a ile zaangażowania w tworzenie przebrań.

  • We wrześniu pierwszy raz wystąpiłam też w roli makijażowej modelki. Usiadłam na różowym tronie u Żanety i pozwoliłam by przez kilka godzin robiła z moją twarzą co chciała. Byłam przekonana, że zmaluje cuda, a i tak efekt ostateczny zdołał mnie zaskoczyć. Makijażem zachwycałam się długo i z bólem serduszka zmywałam go wieczorem. To taka niewielka rzecz, a może wywołać tyle pozytywnych odczuć.

Październik

  • Zaczęłam od wizyty w Poznaniu, która jednak potoczyła się zupełnie inaczej niż sobie planowałam. Złapała mnie tam bowiem choroba, z która dość mocno mnie rozłożyła.

  • Potem był zakup nowych okularów korekcyjnych i świat stał się nieco bardziej wyraźny, a ja polubiłam się w nich na tyle, że rzadko kiedy je zdejmuję.

  • Wydarzeniem miesiąca stały się zaś warsztaty, których kompletnie nie miałam w planach, a które się po prostu zadziały. Gdy w kwietniu wyjęłam z szuflady aparat, zaczęłam odświeżać sobie fotograficzne konta i tym sposobem trafiłam na Ewelinę Ziębe i jej niezwykle charakterystyczne kadry. Na facebooku nawet udostępniłam jej fotografie wyrażając w ten sposób swój zachwyt. Pomyślałam sobie wówczas, że fajnie byłoby ją kiedyś poznać i porozmawiać z nią o fotografii. Trzy miesiące później ogłosiła pierwsze warsztaty indywidualne. Nie zastanawiałam się zbyt długo. Pojechałam do Warszawy. To były szalone dwa dni, a mi się masę rzeczy poukładało w głowie.

  • Po powrocie zaś zamiast wziąć się do fotograficznej roboty żyłam strajkami kobiet i tym co się w naszym kraju, dla mnie niezrozumiałego, działo. Gdy oglądałam orzeczenie Trybunału i tych starszych mężczyzn debatujących o czymś o czym nie mieli pojęcia popłakałam się. Na strajk poszłam wykrzyczeć swoją złość i muszę głośno stwierdzić, że nie przypominam sobie żadnego innego takiego zdarzenia w swoim życiu, gdy społeczeństwo tak się zjednoczyło i gdy idąc wśród ludzi było czuć te wszystkie emocje i tę siłę. To jak to się później potoczyło to już kompletnie inna bajka.

  • Nie było jednak tak, że nie zrobiłam żadnych zdjęć. O nie, nie, nie! Jesień była przecudowna w tym roku i trzeba było to wykorzystać!

Listopad

  • To zawsze czas poważniejszych podsumowań w moim wydaniu. Mam bowiem w tym czasie swoje urodziny i zgodnie z tradycją, którą sobie stworzyłam staram się wówczas ze sobą rozliczyć. Siadam z kubkiem gorącej czekolady albo kawy i poświęcam kilka godzin na zrobienie rachunku sumienia, a potem oczywiście świętuje kolejny rok życia na tym pięknym świecie.

  • Po warsztatach i rozmowach z Eweliną podjęłam również decyzję o połączeni swoich dwóch osobnych do tej pory blogów. Plan na 2021 jest taki, żeby to dobrze rozkręcić i wszystko co potrzeba w tej przestrzeni przygotować, bo jest tu jeszcze maaaasa pracy do włożenia.

  • Na urodziny zdecydowałam się sprezentować sobie kalendarz od Pani Swojego Czasu, mój pierwszy produkt fizyczny tej marki. No i przepadłam, uwielbiam papier w tym kalendarzu, a dodatkowo tak sobie wszystko poukładałam, że głupio mi jak czegoś nie realizuje i nie mogę wykreślić, zaznaczyć. Trochę przez przypadek stworzyłam sobie narzędzie motywacyjne.

  • Na blogu pojawił się wpis z 7 rzeczami, które zrealizuje przed końcem roku. Nie zrealizowałam ich wszystkich. Koniec roku był dla mnie czasem tak wielki przemyśleń i takich porządków, że sobie nawet nie wyobrażacie. Nie mam wyrzutów sumienia, że tego nie zrobiłam. Wprowadzę to w życie w tym roku, a z niektóre rzeczy zupełnie odpuszczam.

Grudzień

  • Zaskoczył mnie poważnym opadem śniegu i choć jestem ciepłolubna to wtedy wszystko podporządkowałam temu, żeby móc tym białym puchem się przez kilka godzin nacieszyć.

  • Do oferty fotograficznej wszedł świąteczny voucher na zdjęcia, który w lutym doczeka się swojej aktualizacji.

  • Na codzień zaś skupiałam się na czerpaniu radość z codzienności. Na fakcie, że po prostu mam być za co wdzięczna i co doceniać.

Nie mogę powiedzieć, że dla mnie ten rok był zły, bo całe szczęście nie był. Za to pokazał mi kilka rzeczy bardzo wyraźnie i to na nich chcę się teraz skoncentrować. Nimi będę się z Tobą w najbliższej przyszłości dzielić, o nich opowiadać i przede wszystkim nimi żyć. Mam nadzieję, że Ty ze swojego podsumowania roku również jesteś zadowolona?

Trzymaj się i do następnego!
Kasia 🙂

Dodaj komentarz