Krótkie podsumowanie kwietnia.

Tknieta dziwnym impulsem odpaliłam zeszłoroczne podsumowanie, które pisałam o tej samej porze roku. W pierwszym odruchu pomyślałam sobie, ze zbyt wiele się nie zmieniło. Znowu stoję przed podobnymi, żeby nie powiedzieć tymi samymi dylematami i znowu umniejszam swojej produktywności. Czy kiedykolwiek z tego wyrosnę? Pojęcia nie mam. Na pewno właśnie przestałam się tym przejmować. W końcu ile można przeżywać to samo.

Zamiast tego skupmy się na tym co ważniejsze i co przyjemniejsze. Takich momentów mi w kwietniu nie brakowało.

Wszystko zaczęło się oczywiście od świątecznego spaceru, na myśl o którym nadal robi mi się cieplej na serduchu. Rzecz prozaiczna, zwykła, a jednak tak bardzo pokazująca, że z odpowiednimi ludźmi nuda jest niestraszna.

Plan na czwarty dzień kwietnia był bardzo prosty. Mieliśmy obejść jezioro w naszej rodzinnej miejscowości. Na oko do zrobienia osiem kilometrów. W rzeczywistości zrobiliśmy ich dziesięć, odwiedzając przy okazji najbardziej ulubione miejsce, z którym wiąże się masa wyjątkowo pieknych wspomnień. Pogoda była przepiękna. Promienie słońca ogrzewały nam twarze, a powietrze wypełniał błogi spokój. Do tej pory zachwycam się wyjątkowością tych prostych chwil. Nawet sobie przypięłam relację do wyróżnionych na Instagramie, co by móc do tego wracać kiedy humor nie dopisze.

1.Nie chcę się chwalić, ale jestem mistrzem budowania baz i wymyślenia do nich zabaw. Od kilku dobrych lat moje kuzynki ratują w takiej bazie świat łapiąc miśkowych złoczyńców // 2. Moja słabość do zachodów słońca chyba nigdy nie minie. // 3. Po powrocie do Wrocławia pojechaliśmy prosto do sklepu fotograficznego. Ten statyw to złoto i już przebieram na wszystkie filmowe zlecenia. Udany zakup uczciliśmy w jedny słuszny sposób. Lodziarnia PolishLody jest jedną z moich ulubionych i co ważne otwartą przez cały rok.

Rozpoczął się w końcu sezon na żużel. Z utęsknieniem wyczekuję momentu, kiedy będzie można wrócić na stadion. Atmosfera na tym wrocławskim jest nie do podrobienia, a ja faktycznie połknęłam żużlowego bakcyla. W kwietniu jednak musiała nam wystarczyć telewizyjna transmisja. Zaprosiliśmy znajomych i mogłam znowu stwierdzić, że uwielbiam być gospodynią spotkania. Nawet jeżeli zamyka się to w przygotowaniu na szybko przekąsek. We „Frends” jest taki odcinek, kiedy dziewczyny przegrywają mieszkanie z chłopakami w zakładzie. Monika później staje na głowie byleby ludzie spędzali u niej czas. Lubi gdy u niej w mieszkaniu się dzieje, gdy spotykają się u niej ludzie i wiesz co? Ja ją doskonale rozumiem. Też to lubię.

Dlatego gdy przyszedł moment świętowania ćwierćwiecza mojego ukochanego przebierałam nóżkami na te wszystkie rzeczy do przygotowania. Zwiedziłam pół internetu w poszukiwaniu przepisów, pomysłów na dekoracje i tak dalej. Nigdzie nie znalazłam nic zebranego i podanego na tacy, więc nawet sobie wymyśliłam, że tę lukę wypełnię. Nie wyrobiłam się jednak czasowo. Trochę źlę wymanewrowałam z rozpoczęciem badań profilaktycznych. Nic jednak straconego, nadrobię następnym razem. Najważniejsze, że impreza, o ile nie jest to zbyt duże słowo, bardzo się udała!

1.Weszłam na kolejny poziom cukierniczych zdolności. Wszystko dzięki profilowi Natalii na Instagramie. Masę rzeczy się od niej nauczyłam w tym temacie, a dwa przetestowane przepisy zrobiły ogromną furorę. // 2. W kwietniu postanowiłam zrobić też to co zdecydowanie zbyt długo odkładałam w czasie, czyli badania profilaktyczne. Już znam wszystkie wyniki i całe szczęście wszystkim lekarzom mogłam powiedzieć „do zobaczenia za rok” przy następnej kontrolii. // 3. Odkrycie tego misiąca to gry towarzystkie na playstation. „Wiedza to potęga” jest moim faworytem, ale „To jesteś Ty” też gorąco polecam. Zabawa jest przy nich przednia. // 4. W tej torbie wiozę kawałek tortu w podziękowaniu za jego uratowanie. Potrzebowałam do przepisu płatków callebaout, które kupuje się jednorazowo na kilogramy. Nieznajoma dziewczyna z foodiesowej grupki postanowiła sama z siebie odstąpić mi 100 gram, które jej zostało. Mega to było mile.

Obejrzałam też netfliksowy dokument o którym w kwietniu było głośno. Są rzeczy, które poruszyły mnie w nim bardzo. Są takie, które są tak czytelną zagrywką twórców, że nie sposób podchodzić do tego z pełną ufnościa. Ja jak to ja, musiałam po obejrzeniu wiedzę zweryfikować. Z tego sprawdzania, szukania i czytania wyszło mi tyle, że z sushi wcale nie zrezygnuję. Choć wersję wegetariańską z ciekawością sprawdziłam i pewnie jeszcze przy nadażających się okazjach sprawdzać będę. Jedno jest pewne nic nigdy nie jest czarno – białe.

Dużo pisałam, głównie opowiadania do szuflady albo na studenckie zajęcia. W maju chciałabym pisać jak najwięcej na blogu. W ambitnym planie tekst miałby pojawiać się tutaj codziennie. Biorę jednak poprawkę na to całe zapleczowe działanie przy postach i fakt, że średnio to lubię. Na pewno jednak jutro będę mogła zaprosić Cię na wpis z niepublikowanej jeszcze sesji.

Trzymaj się i do jutra!
Kasia 🙂

Dodaj komentarz