Książka, którą pochłonęłam w dwa dni, kalendarz od Pani Swojego Czasu i banalnie prosty przepis na ciasteczka owsiane.

Zdecydowanie prościej wymyśla się tytuły artykułów, tematy w nich podejmowane niż samo pierwsze zdanie, które ma nakreślić całokształt, a jednocześnie zachęcić Ciebie, czytelniku do dalszej lektury. Osobiście uwielbiam czytać pierwsze zdania, wiedząc jak wielką mają moc. W czasach podstawówkowych, gdy dopiero zaczynałam odkrywać magię publicznej biblioteki i jej olbrzymich zasobów, które wypełniały cały olbrzymi regał, jeden, drugi i dwudziesty, wymyśliłam sobie test, ułatwiający wybór pozycji, które miałam zabrać do domu. Nikt chyba nie lubi tego momentu, gdy w domowym zaciszu siada podekscytowany z nową literacką zdobyczą, zaczyna czytać, a tam wielkie rozczarowanie. Niezrozumienie pojawiające się nie tylko jako emocja, ale i charakterystyczny grymas na twarzy. Nie każda książka będzie się nam podobać. Cała rzecz w tym, że ja po te w żaden sposób mnie nieporuszające nie chcę sięgać. Dlatego stwierdziłam lata temu, że jeżeli pierwsze zdanie książki mnie zaciekawi, to wezmę ją przy wyborze pod uwagę. Jeżeli sprawi, że przeczytam kolejną linijkę, akapit, stronę i sięgnę dłonią po kartkę by ją przewrócić, to mamy bezdyskusyjnego zwycięzce. Jeżeli zaś nie wywrze na mnie żadnego wrażenia, odkładam ją z powrotem na półkę. Na początku jeszcze się przekonywałam, że mogę się mylić brałam książki z ostatniej możliwości do domu, zachęcona opowieściami bibliotekarki, dobrze zapowiadającym się tylnim opisem. Nigdy żadnej z nich nie skończyłam. Po latach zebranych doświadczeń okazało się, że pierwsze zdanie, pierwszy akapit i strona są dla mnie wyznacznikiem jakości całej książki i choć ta teoria nie musi sprawdzać się u każdego, u mnie stanowi podstawę wszystkiego co dotyczy literackich zagadnień.

Zresztą dokładnie tym sposobem sięgnęłam ostatnio po książkę, którą uważam za jedną z lepszych lektur mijającego roku. Szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego. Pozycji w której fabuła porwie mnie bystrym nurtem, a ja zamiast o ratunku rozmyślać będę nad tym co się dalej stanie. Do biblioteki udałam się bez konkretnego tytułu w głowie, nastawiając się na niespieszne przechadzanie się od regału do regału, kartkowanie książek, zapoznawanie się z kolejnymi pozycjami, sprawdzaniem ich. Zdążyłam odkryć dobrze zapowiadające się kryminały amerykańskiego pisarza, gdy mój wzrok niemal samoistnie wyłapał nazwisko, które bardzo dobrze znałam, a w stronę którego kierowałam ambiwalentne uczucia. Tiziano Terzani, włoski dziennikarz. Tym razem przychodził do mnie z książką zatytułowaną „Listy przeciwko wojnie”. Otworzyłam ją, przewróciłam kartkę, zaczęłam czytać i nagle okazało się, że w tym przypadku pierwsze zdanie nie istniało bez kolejnego. Pierwsza strona zmuszała do przeczytania kolejnej. Zamiast lektury lekkiej i przyjemnej wylądowałam w domu ze zbiorem listów, które ten włoski dziennikarz popełnił po 11 września 2001r. Tiziano Terzani dopatrywał się w ataku na World Trade Center czegoś więcej niż aktu terroryzmu, czegoś innego niż powodu do wojny, on widział w tym szansę na zapanowanie pokoju. Jak się miało okazać jako jeden z nielicznych.

„Listy przeciwko wojnie” to rozmyślania człowieka otwartego na świat i ludzi, sprzed prawie 20 lat. To nawoływanie o więcej empatii i zrozumienia, które w dzisiejszym świecie i dzisiejszych warunkach są niestety stale tak samo aktualne. Czytałam tę książkę z ogromnym przeświadczeniem, że nie tyle dotyczy ona tej konkretnej sytuacji, co na jej bazie odnosimy się do zawsze tak samo działających mechanizmów. Jako ludzkość prawdę mówiąc nie uczymy się niczego, tylko rodzaj broni w ręku i poziom nienawiści do wskazanego wroga nam się zmienia na przestrzeni dziejów. Zawsze walczymy o swoje lepsze coś zapominając, że osoby po drugiej stronie barykady robią dokładnie to samo.

Zaczynałam kolejne strony z myślą o tym, że wcale daleko nie muszę szukać i choć może nie zrzucamy bomb na afganistańskie wioski, to w Polsce też celujemy prosto w siebie. Dzisiaj podzieleni przez władzę, a może w dużej mierze przez samych siebie?

Kalendarz od Pani Swojego Czasu.

Ola Budzyńska niezaprzeczalnie wybudowała niezwykle silną markę. Jeżeli będziesz poszukiwać czegokolwiek dotyczącego tematów organizacji, budowania i prowadzenia biznesu, to prędzej niż później trafisz właśnie na podejmowane przez nią działania. Kobieta rakieta, która pokazuje innym babkom, że można, że da się i że to tylko kwestia podejścia. Jest jedną z nielicznych twórczyń, której kroki śledzę od dłuższego czasu na bieżąco, od której masę wiedzy chłonę i od której zdecydowałam się cokolwiek fizycznego kupić. O dziwo, niejednokrotnie. Przekonuje mnie swoją bezpośredniością, swego rodzaju bezczelnością w tym co i jak robi. Lubię babkę, tak po prostu. To prezentowane przez nią podejście do biznesu i może też trochę do życia, sprawia, że zapisałam się do prowadzonego przez nią Klubu, kupiłam kilka ebooków, materiałów ułatwiających planowanie, a teraz i kalendarz.

To ostatnie zawsze lekko spędzało mi sen z powiek. Przypominałam sobie o nim w połowie stycznia, gdy na półkach w księgarniach zostawały ostatnie egzemplarze. Ich jedyny plus to niższe ceny, oprócz tego za każdym razem pojawiał się ten sam problem z układem, formatem, potrzebnymi i całkowicie zbytecznymi stronami. Brałam to co w miarę odpowiadało, a potem przerabiałam na swoje własne potrzeby. W tym roku obiecałam sobie, że będzie inaczej i gdy miałam w październiku zacząć poszukiwania tego idealnego kalendarza Pani Swojego Czasu postanowiła pierwszy raz wypuścić w swojej historii taki twór na rynek. Obejrzałam materiały promocyjne. Zakochałam się w układzie, w którym pierwszy raz nie chciałam nic wyrzucać, a w którym jednocześnie przemyślano i zaplanowano miejsce na wszystkie nadprogramowe rzeczy. Pomarudziłam trochę nad kolorami, żaden bowiem nie był głęboką butelkową zielenią, jaką sobie wymarzyłam. No i zatrzymałam przy cenie, bo jednak życiowe doświadczenia nigdy nie wykroczyły poza 40 złotych, a tu oczekuje się, że zapłacę 3 razy tyle. Papier wówczas interesował mnie średnio, miał po prostu nie przebijać. Gadanie Budzyńskiej, że to super hiper zajebisty produkt na rynku też, bo jednak głupio by było, gdyby go nie zachwalała. Tylko, że wiesz ja obserwuję babkę kawał czasu, wiem jak reagują na nowe produkty jej klientki i jakie są opinie. No i wiedziałam też, że jeżeli to będzie niewypał to po prostu go zwrócę. Zamówiłam.

Zrobiłam sobie z niego swój urodzinowy prezent od siebie dla siebie. Przyszedł pięknie zapakowany, umożliwiając mi przeżywanie tego prezentowego oczekiwania. Mimo tego, że doskonale zdawałam sobie sprawę co jest w paczce pojawiło się lekkie podekscytowanie, w końcu nie wiedziałam czy wyobrażenie będzie zgodne z rzeczywistością. Odwiązałam kokardkę, zdjęłam papier, otworzyłam kalendarz, dotknęłam kartek i przepadłam kompletnie. Już rozumiem czemu produkty papiernicze spod szyldu PSC są tak zachwalane. Rozumiem też skąd ich cena.

Czy było warto wydać ponad 100zł na kalendarz?

Absolutnie tak! Bo nie dość, że jest tak miły w dotyku to jeszcze jest niezwykle estetyczny, a mi wszystkie komórki podskakują na myśl, że mam cokolwiek w nim zapisać czy zaplanować. Już teraz wiem, że przepadłam i że kolejny kalendarz kupię w tym samym miejscu.

Aaa! Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu tego zaufania, że wiesz: nie kupuje nic dlatego, że twórca danej rzeczy mi to zachwalił. Jestem typem człowieka, który sprawdza, szuka i porównuje, a który przede wszystkim musi dotknąć, żeby uwierzyć. Przekonać się na własnej skórze. Oczywiście nie zawsze to robię, bo to ani nie byłoby rozsądne ani ekonomiczne, ale gdy tylko jest możliwość to i owszem. Każdy kto obserwuje Panią Swojego Czasu na pewno kojarzy motyw jak Budzyńska podczas jednej z prowadzonych na żywo transmisji tłumaczyła skąd taka, a nie inna cena kalendarza. Jako jeden a argumentów podała okleinę okładki, która według zapewnień miała się nie brudzić. Dla potwierdzenia słów zrobiła kilka testów z serkiem śniadaniowym, sosem porzeczkowym i kawą w roli głównej. Wybrudziła okładkę, a potem ją wytarła. Nie było śladu, a mnie zastanawiała jedynie kwestia tłuszczu, który w kamerze na jasnych kolorach widoczny bywa różnie. Po nacieszeniu się nieskalanym, świeżutkim, jeszcze pachnącym produktem stwierdziłam, że sprawdzę. Przygotowałam ten sam serek, nutellę, jakiś pomarańczowy przecier i ocet balsamiczny. Zrobiłam kilka prób, wszystkie skończył się tak samo. Okładka kalendarza jest faktycznie niesamowicie trudna do zabrudzenia i pewnie jakbym się uparła i w grę wprowadziła jakieś cięższe działa w postaci silnikowych smarów to mogłoby być gorzej, choć pewności nie mam, ale sprawdzać nie będę. W codziennych warunkach i przy zwykłych zagrożeniach kalendarz jest bezpieczny i będzie wyglądał pięknie przecz cały rok.

Banalnie proste i szybkie ciasteczka owsiane.

Nie wiem na czym to polega, ale gdy wstawiam na swoim Instagramowym Story cokolwiek związanego z gotowaniem, zawsze pojawi się kilka wiadomości odnośnie przepisu. Wchodzę wtedy na wyżyny chęci pomocy i samozaparcia, bo tak się złożyło, że jestem tym typem kucharza, co to nigdy nie trzyma się narzuconych przepisów, rzadko kiedy cokolwiek rzetelnie odmierza, a przyprawy sypie na oko. Bawię się tym gotowaniem i kompletnie się przy nim nie spinam. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie dla każdego takie podejście do sprawy jest słuszne, a gotowanie w ten sposób nie wywołuje frajdy, dlatego staram się jak mogę by to wszystko, w koniecznych przypadkach systematyzować, ewentualnie dziele się przepisami, które są tak szalenie proste, że nawet jak zalecę wrzucenie czegokolwiek według uznania, to doskonale będzie wiadomo o co chodzi. Tak dokładnie jest w przypadku ostatnio pieczonych owsianych ciasteczek.

Składniki:
  • 3 dojrzałe banany
  • 1,5 szkl płatków owsianych
  • ulubione bakalie, mogą być też orzechy
  • kawałki gorzkiej czekolady
  • szczypta cynamonu
Przygotowanie:

Banany rozgniatamy widelcem. Wsypujemy płatki owsiane, a następnie według uznania i osobistych preferencji dodajemy pokrojone na mniejsze części bakalie i połamaną czekoladę. Masa ma być dość zwarta w ostatecznym rozrachunku. Jeżeli będzie zbyt rzadka dodajemy suszonych owoców albo płatki owsiane. Przyprawiamy cynamonem. Mieszamy.

Przygotowujemy blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Za pomocą dużej stołowej łyżki wykładamy masę, którą staramy się formować w zgrabne kółka, pamiętając jednak dalej o tym, że nie musi być to pod linijke, bo nikt z tego strzelać nie będzie.

Pieczemy 20 minut, w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, ustawiając grzanie góra – dół. Gotowe.

Lubię bardzo to swoje kuchenne podejście. Zero spięcia, jedna wielka zabawa i eksperymentowanie ze wszystkim co przyjdzie do głowy. Idealnie by było, gdybym miała tak w każdym życiowym zagadnieniu, chyba nad tym popracuję.

Trzymaj się i do następnego!
Kasia 🙂






Dodaj komentarz