Mr. Robot to najlepszy serial jaki kiedykolwiek widziałam?

Jestem po ostatnim odcinku ostatniego sezonu serialu zatytułowanego Mr. Robot. Emocje krążą od jednego tematu do drugiego i nadal mam trochę pytań bez odpowiedzi. Postaram się jednak wszystkie swoje przemyślenia ubrać w jak najbezpieczniejszą formę dla osób, które oglądanie tej produkcji mają dopiero przed sobą. Jednocześnie jestem przekonana, że widzowie serii zrozumieją odwołania, które niewątpliwie się w tej recenzji pojawią.

Dokładnie zaplanowana fabuła kluczem do sukcesu?

Zacznijmy od tego, że Mr. Robot z całą pewnością jest serialem złożonym, ale co chyba ważniejsze w pełni przemyślanym. Wiecie jak to jest z tymi serialowymi produkcjami. Najczęściej wyróżniamy ich dwie drogi istnienia.
Pierwsza w której po odcinku pilotażowym wchodzimy w fazę „przyjęliście się, teraz trwajcie jak najdłużej”. Jednocześnie takie seriale nie wiedzą kiedy i gdzie może skończyć się ich historia, bo o kolejnych sezonach decyduje się z roku na rok. Ewentualnie obsada się żegna z widzami, a później radośnie powraca. Co też chyba jeszcze nikomu nigdy nie wyszło na dobre. Brak widma końcowej daty sprawia, że fabuła stale ewoluuje, tak by można ją było jednocześnie rozszerzać, ale w razie potrzeby szybko też zamknąć.

No i jest też ten drugi przypadek w którym od samego początku wiadomo, kiedy to wszystko się skończy. Gdy historia pisana jest od A do Z. Nie jest ona oczywiście wolna od obaw. Nikt przecież nie gwarantuje, że holistycznie zaplanowany obraz spodoba się publiczności. O uwagę tutaj również trzeba walczyć. Przewagą takich seriali jest jednak to, że zupełnie inaczej można rozplanować treść. Całkowicie spojrzeć na historię, którą chce się opowiedzieć. Umieścić więcej szczegółów i mieć pewność, że nic się po drodze nie rozjedzie. Mr. Robot zalicza się do tej drugiej kategorii. Niewątpliwie to też stanowi jeden z ważniejszych elementów jego sukcesu.

Poster-Elliot-Fsociaty
Autor plakatu: Thomas Walker

Drugą rzeczą, wynikającą także z tej przemyślanej przestrzeni, jest fakt, że to produkcja o wielu płaszczyznach, która odkrywa przed nami raz za razem coraz to nowsze wątki, tematy i problemy. Zaczynamy od hakera pokazującego nam jak mało bezpieczni jesteśmy w świecie, w którym przyszło nam żyć. Przechodząc przez sprzeciw wobec porządku świata, w którym władza należy do najbogatszych, a głównym motorem ludzkiego działania jest stale napędzany konsumpcjonizm. Poruszone zostały wątki moralności wyzbytej się w imię słusznej sprawy. Granic, które człowiek przekracza by chronić to co dla niego najważniejsze i odnajdywania własnej drogi. No i jest jeszcze kwestia ludzkiego umysłu. Narzędzia, które może być niezwykle zgubne, ale i równie potężne. To właśnie widzimy na każdym kroku i to nie tylko u głównego bohatera.

W Mr. Robot aktorzy pokazują to co najlepsze.

Złożoność postaci została wyniesiona na najwyższy poziom. Oglądamy pełnowymiarowe postacie wyposażone we własne pragnienia, lęki i radości. Ludzi z krwi i kości, których wybory nie zawsze są najlepsze. O których momentami się boimy, którzy potrafią nas zaskoczyć i którzy sami o sobie dowiadują się czegoś nowego. Widać, że każdy z aktorów zadbał o przygotowanie się do swojej roli i zrozumiał bohatera, którego przyszło mu odgrywać.

Przyznaję się bez bicia, że z obsady aktorskiej znałam pojedynczych aktorów. Sam serial włączyłam, ponieważ głównego bohatera odgrywa uwielbiany przeze mnie Rami Malek. Jak zwykle aktor ten stanął na wysokości zadania, ale nie stworzono by tak niesamowitego obrazu, gdyby nie pozostali aktorzy. Carly Chaikin z postaci początkowo denerwującej, pozornie niepotrzebnej staję się z biegiem czasu kimś, bez kogo ta opowieść nie mogłaby istnieć. Stephanie Corneliussen odegrała z kolei obraz kobiety całkowicie pozbawionej skrupułów i powiem Ci, że każde jej pojawienie się na ekranie budziło we mnie niepokój nadchodzących wydarzeń. Portia Doubleday w perfekcyjnym wręcz stopniu odpowiadała za wywoływanie irytacji, wymieszanej z politowaniem, u widza.

Złożoność czarnych charakterów

Bobby Cannavale to kolejny aktor kameleon, którego postać mimo tego, że raczej nie powinnam, to bardzo lubiłam. Jeżeli oglądałeś Teda Lasso (świetny serial produkcji Apple) to wyobraź sobie, że Ted postanowił pracować dla jednego z najniebezpieczniejszych ludzi na świecie. Cięty język, rozluźnienie sytuacji, spokój podczas kryzysów i siekiera w dłoni do rozliczania się ze zdrajcami. Nietypowy obraz człowieka należącego do tych negatywnych bohaterów. Zresztą Ci czarni bohaterowie zaskakiwali na każdym kroku. Poczynając od Whiterose granej przez BD Wonga. Przez płatnego mordercę odgrywanego przez znanego amerykańskiego rapera – Joeya Badass, którego jednocześnie nie można wrzucić do worka z etykietką „wróg”. No i jest jeszcze postać, którą odegrał Elliot Villar. Jego bohater to mieszanka wybuchowa inteligencji, ale i głupoty. Siły, wiary, bezkompromisowości i umiejętności odczytywania emocji drugiego człowieka. Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności tego aktora, który potrafił zasiać w widzu niejedno ziarenko zwątpienia.

Po prawdzie jestem pełna podziwu dla całej obsady. Mr. Robot został wykreowany niezaprzeczalnie przez ludzi znających się na swoim fachu. Przez aktorów świetnie się rozumiejących i dopełniających na planie. Wiele odegranych scen jest pełnych, kompletnych, w których nie ma już czego dołożyć ani odjąć. Widać, że stworzono przestrzeń na to by artystycznie wejść na najwyższe tony i kurczę no udało im się to.

Jest taki odcinek, w ostatnim już sezonie, kiedy Elliot Villar i Rami Malek sprawiają, że godzina mija w sześć sekund. Nie mam pojęcia jak wyglądają studia aktorskie, ale jak nic powinno się na nich przerabiać właśnie ten odcinek z pełnym rozłożeniem na czynniki pierwsze i stawiać za wzór niezwykle dobrego aktorstwa.

Mr. Robot i kilka słów o twórczym zapleczu.

Pd względem technicznym to serial, który na pewno zaskoczył mnie stosowanymi kadrami. Od samego początku zostajemy zaznajomieni z formą, która jednak w filmowych czy serialowych produkcjach nie pojawia się zbyt często. A już na pewno nie tworzy wizualnego trzonu całej opowieści. Z jednej strony dostajemy w kadrach wiele przestrzeni. Z drugiej bohaterowie kadrowani są do półzbliżeń, zazwyczaj w rogach ekranu, wbrew kompozycyjnym zasadom. Przez to też mamy wrażenie nienaturalności i niepokoju. To niezwykle ciekawy zabieg, który w obliczu całego serialu i ostatecznej puenty wydaje mi się trafiony w punkt.

Twórcy bawią się też kolorystyką, stylem nagrywania. Widać, że w pełni świadomie zajęto się color gradingiem i że w tym temacie także nic nie pozostawiono przypadkowi. Wszystko co powinno jest od siebie czytelnie oddzielone i pomaga się rozeznać gdzie w całej opowieści się dokładnie znajdujemy. Biorąc pod uwagę, jak często przeskakujemy między różnorodnymi zagadnieniami jest to tylko na plus. Bo choć mimo wszystko i tak nieraz się zgubimy w tym co się właśnie wydarzyło, to zawsze z pomocą przychodzą aspekty czysto wizualne.

Z rzeczy drobnych bardzo podoba mi się brak jednej powtarzalnej czołówki. Podobnie jak w Peaky Blinders i tutaj postawiono na wprowadzenie w odcinek za pomocą jego otwarcia. Zwrócono też uwagę na zakończenia każdego odcinka i co tu wiele mówić do perfekcji opanowano stosowanie cliffhangerów. Przełamano także czwartą ścianę, wciągając widza już całkowicie w świat tej opowieści. Sprawiając, że od samego początku stajemy się jednym z bohaterów.

Emocje, emocje i jeszcze raz niezwykle dobrze opowiedziana historia.

Już zapewne zorientowaliście się, że zostałam wielką entuzjastką tej produkcji. Co wynika w głównej mierze z faktu, że historia mnie po prostu złapała za emocjonalne nuty w pierwszych odcinkach i już nie wypuściła do samego końca. Wzbudzono we mnie zaciekawienie, którego nie umiałam i nie chciałam zignorować. Jednocześnie bardzo sprawnie przeprowadzano przez fabułę. Po drodze zostawiając coraz to nowsze podpowiedzi prowadzące do zakończenia, którego się nie spodziewałam. Prawdę mówiąc nie wiem czy ktokolwiek się mógł takiego zakończenia spodziewać. Choć z tego co czytałam twórca serialu Sam Esmail słynie z wywracania wszystkiego o 180 stopni, a gdy już się układasz w nowej rzeczywistości to podrzuci ją jeszcze raz do góry. Tutaj dokładnie tak się zadziało i może ta zabawa konwecja, która kończy się wraz z ostatnim kadrem sprawia, że uważam, że to jeden z tych najlepszych seriali jaki kiedykolwiek oglądałam.

Zupełnie szczerze, zazdroszczę Ci, jeżeli ta historia jest przed Tobą dopiero do odkrycia. Sama zaś oddaję się w poszukiwania odpowiedzi na to jedyne pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.

Daj znać czy Mr. Robot dopiero przed Tobą czy już go widziałeś. Bardzo chętnie porozmawiam o fabule, ewentualne spoilery jednak proszę oznaczać!


Trzymaj się i do następnego
Kasia 🙂

Dodaj komentarz