Spider-Man: No Way Home | kilka słów na gorąco po seansie.

Wpis ten zawiera spoilery dotyczące fabuły. Niewielkie, ale jednak.

Zdążyłam wrócić z seansu do domu. Emocje dalej we mnie buzują jak szalone, a ja zastanawiam się jak to możliwe, że superbohater nakreślony kiedyś kreską Stana Lee budzi dzisiaj we mnie tak wielką sympatię, chociaż jeszcze nie tak dawno był mi całkowicie obojętny.

Nie powiem, żebym była najwierniejszą czy największą fanką Marvela. To by było sporym nadużyciem. Przede wszystkim ze względów na ludzi, których wiedza o tym uniwersum jest tak bardzo imponująca i którzy śledzą swoich ulubionych bohaterów na wielu płaszczyznach od wielu, wielu lat. Podziwiam, szanuję, może kiedyś też tam będę. Póki co cieszę się z tego, że w ogóle w ten świat weszłam.

Gdy w kinach pojawiał się film zatytułowany „Avengers: Endgame” słyszałam o tym jak to ludzie bili brawo i klaskali na seansie. Cała sala. Wyobrażałam sobie jak wielkie musiały być to emocje, skoro tylu ludzi potrzebowało czegoś co je wyrazi. W późniejszym czasie stwierdziłam, że zazdroszczę tego przeżycia swojemu kumplowi, który Marvelem interesuje się od dawna i mówiąc interesuje, mam na myśli żywe zainteresowanie tematem. Byłam przekonana, że weszłam w ten świat za późno, że wiele najlepszych rzeczy się tam właśnie kończy. Tymczasem te dopiero się zaczynają.

Produkcje Marvela niezaprzeczalnie są kinem rozrywkowym.

Filmami tworzonymi po to by móc je oglądać w ruchomych fotelach, z prsykającą wodą w twarz, podmuchami wiatru i pudełkiem popcornu w ręku. To filmy wielopokoleniowe. Dobre dla każdego. Stworzone tak, że każdy z nas znajdzie dla siebie ulubionego superbohatera i tego który będzie go denerwował ponad przeciętnie. Jeszcze nie tak dawno opisałabym je jako jednak coś stosunkowo prostego. Jest zły bohater, jest superbohater go pokonujący i kilka zabawnych ripost. Są przypadki kiedy pojawiają się błędy do wyśmiania, rys psychologiczny postaci jakby zanika, a motywacje do działania nie do końca są dla nas przekonywujące. Wiele rzeczy można by było załatwić lepszą komunikacją… ale człowiek kupuje to, bo to w końcu Marvel – rozrywka.

Z tym, że chyba jednak nie do końca. Mam za sobą wszystkie filmy, które wyszły do tej pory, a było ich jednak nie mało. Obejrzałam większość wypuszczonych niedawno seriali, przegadałam ogrom czasu na temat wszystkich powiązań i tego co się w tym wymyślonym świecie wyczynia i nie mogę nie zauważyć, że Marvel zyskuje coraz bardziej na jakości, że to nie jest tylko rozrywka. Bo choć owszem świetnie się bawię oglądając to co z taką skrupulatnością zostaje dla mnie i wszystkich innych widzów przygotowane, to jednocześnie coraz więcej rzeczy z tego świata po prostu przeżywam. Coraz więcej komentarzy współczesnej rzeczywistości się pojawia, a filmy o uniwersum pokazują, że rozumieją, iż XXIw. wygląda tak jak wygląda. Jest tam o czym myśleć po wstaniu z wygodnego fotela i nie chodzi mi tylko o kolejne teorie, jak mogą powstać na temat fabuły kolejnej produkcji, ale też o przełożenie na takie zwykłe życie. W którym superbohaterowie jednak nie noszą charakterystycznych kostiumów.

Sobotni seans Spider-Mana był moim pierwszym, na którym publiczność biła brawo.

Nie zabrakło płaczu, śmiechu i wymieniania się komentarzami pomiędzy zupełnie nieznanymi ludźmi. Nie zabrakło też westchnień zdziwienia wymieszanego z zadowoleniem. Cudownie jest uczestniczyć w tym przeżywaniu tego wszystkiego.

Spider-Man: No Way Home jest przepiękną laurką dla widza, której narracja została poprowadzona przez meandry nostalgii, wymieszane z nadzieją na jeszcze więcej tego co najlepsze. Pobawiono się konwencją superbohatera i udowodniono, że limity nie istnieją. Jednocześnie moim zdaniem pokazano, że właśnie tak powinny wyglądać filmy rozrywkowe, że powinny posiadać całą paletę emocjonalnych doświadczeń.

Wcześniej wspomniałam o tym, że w filmach Marvela brakuje mi czasem logiki w działaniu głównych bohaterów. W przypadku 3 części Spider-Mana też niestety odniosłam na początku to wrażenie. Kto bowiem wymyślił, by w miarę logicznie zazwyczaj myślący Peter Parker nie ogarnął, że zamiast cofania czasu, rzucania zaklęć przez jednego z najpotężniejszych magów, wystarczy zadzwonić na uczelnię. To był jednak jedyny moment, który mnie sobą w całym filmie nie przekonał. Potem było już tylko nadzwyczaj dobrze.

Humor sytuacyjny, mnóstwo akcji i zachowania, których zupełnie się nie spodziewałam. Trailer zmontowany w ten, a nie inny sposób nastawiał mnie na coś zupełnie innego niż ostatecznie dostałam. Tutaj jednak wielki szacunek dla przemyślenia całej sprawy i świadomości tego z jakim oczekiwaniem widz pójdzie do kina. Bo tak, wydaje mi się, że z premedytacją zastosowano taki zabieg by nam samym pokazać, że nie zawsze spranie mordy temu złemu jest najlepszym rozwiązaniem i że niekoniecznie tego musimy oczekiwać od superbohatera.

Pięknym aspektem było pokazanie, że jesteśmy wszyscy do siebie podobni i że każdy z nas mierzy się ze swoimi własnymi demonami oraz lękami. Różni, a jednak podobni, motywowani rzeczami odmiennymi by osiągnąć podobny rezultat.

Płakałam gdy Tony Stark umierał i płakałam też teraz, gdy Peter Parker żegnał się z doskonale sobie znanym światem. Jego ostatnia decyzja z jednej strony była dla mnie oczywista, z drugiej wzbudziła ogromny smutek. Faktycznie film został zamknięty w taki sposób, że to od nas zależy dopisanie tego co się wydarzyło dalej. Szczerze mówiąc mam jednak nadzieję, że Peter Parker wróci na ekrany i udowodni, że może odzyskać, albo na nowo zyskać ludzi, których utracił. Samotność w jego wydaniu jest dla mnie bowiem czymś zupełnie nieakceptowalnym i nie widzę sensu, by zostawiano to w sferze domysłów.

Czy mogłabym się przyczepić do większej ilości rzeczy?

Zapewne, ale nie w reakcji opisywanej tuż po obejrzeniu tej produkcji i nie w filmie, który obecnie uważam, za najlepszy z całego uniwersum.

Uwielbiam Toma Hollanda w tej roli, tak jak Roberta Downey Jr. W roli Tony’ego Starka i trzymam kciuki by cieszył swoją grą o wiele dłużej niż jego „poprzednik”. Mam też jednocześnie świadomość, że poprowadzono jego wątek nad wyraz dobrze i że jeżeli jego czas się w tym filmowym świecie skończył, to nie mógł zrobić tego lepiej.

Trzymaj się i do następnego!
Kasia

Dodaj komentarz