Warsztaty fotograficzne u Eweliny Zięby. Czy warto? + krótka opowieść o Warszawie.

Wieczór przed warsztatami siedziałam na hostelowym łóżku, ubrana w najcieplejszą bluzę jaką ze sobą zabrałam, przykryta pościelą przybraną w białą poszewkę i obserwowałam jak podekscytowanie spotykało się w mojej głowie ze stresem. Za dokładnie dziewięć godzin i dwadzieścia minut miałam rozpocząć spotkanie z fotografką, którą obserwuję długo i która w pewien sposób mi imponuje. Przede wszystkim tym jak zręcznie zamyka emocje w kadrach. Nie wiedziałam jak to będzie ani czego się spodziewać. Jednocześnie miałam w sobie silne przekonanie, że decyzja o przyjeździe do stolicy była tą z gatunku najlepszych.

Warszawa długo była w moim mniemaniu miastem pędu i biegu, miejscem w którym bym się nie odnalazła i w którym nawet nie chciałabym tego robić. Potraktowałam ją tak bardzo sterotypowo jak tylko mogłam i dopiero częstsze przyjazdy do niej zaczęły zmieniać ten obraz. Miasto szybkości zyskało kolejne przymiotniki w moim prywatnym słowniku określeń i z miejsca nieprzyjaznego stało się alternatywą na przyszłość. Daleką, ale jednak.

Do samej Warszawy przyjechałam dzień wcześniej. Plan obejmował spacer po stolicy, pyszne jedzonko, niespieszne obserwacje miasta i ludzi, czas dla siebie. Tymczasem pogoda postanowiła pokazać swoje najbrzydsze oblicze i jakakolwiek forma przebywania poza budynkami skutkowała natychmiastową niechęcią do wszystkiego. Deszcz mocno zacinał, zimny wiatr siłą swojego pędu docierał do każdych zakamarków ciała, a niebo sprawiało wrażenie najbardziej gniewnego elementu tej gry. Szaro-granatowe, bez przestrzeń na promyk nadziei. Najbardziej pragnęło się wówczas dotyku miękkiego kocyka i ciepła bijącego od kubka gorącej herbaty.

Przyjemny nocleg w stolicy.

To zresztą dostałam w wynajętym hostelowym pokoju, choć to oczywiście, nie jest opowieść bez przygód. Moje poszukiwania noclegu trwały dość długo. Zależało mi bowiem na tym by znaleźć się jak najbliżej docelowego miejsca spotkania. Nie jestem rannym ptaszkiem i możliwość dłuższego pospania, zamiast stresowego spinania się czy oby na pewno zdążę, jest dla mnie argumentem nie do przebicia. Przy czym chciałam, żeby to było miejsce ładne, w którym przez te prawie trzy dni będę dobrze się czuła, z prywatną łazienką i jeszcze idealnie by było gdyby w cenie zawarte było śniadanie. Miało być przyjemnie, wygodnie i oczywiście jak najtaniej. Zadanie więc dość trudne, ale nie niemożliwe. Wystarczyło przejrzeć kilkanaście stron by nic zadowalającego nie znaleźć, a potem jeszcze posiedzieć dwie godziny na innych witrynach by pojawiło się jakieś pole wyboru. Porównywałam, kalkulowałam, w końcu zdecydowałam. Tym właśnie sposobem wylądowałam w Irysowym Hostelu Premium. W hostelu, w którym przywitała mnie awaria pieca. Pierwsza w tym miejscu.

Czy to jednak przekreśliło szanse na dobre odczucia? W żadnym razie. Obsługa hostelu stanęła na gotowości zadania i w najszybszym możliwym czasie, po tym jak zgłosiłam temperaturowe zażalenie, zostałe podjęte konkretne kroki do ustalenia co i jak się ma, a gdy okazało się, że naprawa w niedzielny wieczór jest niemożliwa, zapukano do moich drzwi z elektrycznym grzejnikiem i przeprosinami. W tym czasie skorzystałam z herbacianych zasobów kuchni i przy okazji zdążyłam poznać książkowe zbiory, a także dowiedzieć się co jest do mojej do dyspozycji. Jak na hostelowe standardy nie było tego mało.

Dla mnie strzałem w dziesiątke był zakątek za niepozornym drzwiami, gdzie zaczynając od pralki z wszystkimi potrzebnymi płynami i proszkami, można było znaleźć pastę do zębów, płyny do kąpieli czy nowe szczoteczki do mycia zębów dla zapominalskich. Oprócz tego suszarki, żelazka i tego typu pierdoły, które komuś takiemu jak ja bardzo się przydały.

Zdążyłam wyczytać, że do dyspozycji mam też materiały biurowe, drukarkę, telewizor w części wspólnej, ogród i dobrze wyposażoną kuchnię, ale prawda jest taka, że żadna z tych rzeczy nie ujęła mnie tak mocno, jak obsługa, która sprawiała wrażenie naprawdę zainteresowanej tym bym czuła się tam dobrze i była zadowolona. Niedziela, wskazówki zegara przekroczyły już dawno 20.00 a komunikacja odbywała się bez żadnych problemów. Mało tego następnego dnia przy śniadaniu, pani z którą rozmawiałam w sprawie grzejnika podeszła i sama z siebie zagadnęła, upewniając się czy nie zmarzłam i czy nie ma czegoś co jeszcze mogli by zrobić. To właśnie te drobne sprawy wpłynęły na to, że miejsce oceniam bardzo pozytywnie i jeżeli będę w przyszłości szukać noclegu w Wawce to najpewniej o nich pomyślę.

Hostel urządzony w jednorodzinnym domku, na spokojnym osiedlu moim zdaniem był strzałem w dziesiątkę. Przytulna atmosfera, dobra energia unosząca się w powietrzu, a jednocześnie bliskość metra sprawiają, że to naprawdę niezłe miejsce na noclegowej mapie stolicy.

Czy były jakieś minusy tego miejsca? Nie podobały mi się tak naprawdę dwie rzeczy. Pierwsza z nich to prysznic zakrywany łazienkową zasłonką, która dawała tyle ochrony przed zachlapaniem łazienki co nic. Osobiście tych plastikowych materiałów bardzo nie lubię, bo człowiek wychodząc z kąpieli staje w kałuży wody. Nieważne jak bardzo starałby się, aby było inaczej. Muszę jednak oddać, że byłam świadoma, w momencie rezerwacji, że tak to będzie wyglądać. Postanowiłam przecierpieć na rzecz wszystkich innych plusów. Drugim aspektem, który zadziałał na osłabienie pozytywnego wrażenia był dziurawy ręcznik, który dostałam. Nie musiałam go wykorzystywać, bo w pokoju miałam jeszcze kilka innych, ale sądzę, że warto na to zwrócić uwagę Irysowy Hostelu Premium na przyszłość. Oprócz tego ja zażaleń nie mam żadnych. Okolica cicha i spokojna, jak na Warszawę i fakt, że dość blisko jest ruchliwa ulica. W hostelu też zaskakująco cicho, ale to akurat mogło wynikać z momentu w jakim tam przebywałam i koronawirusowego zatrzymania turystyki, więc temat dźwięków z sąsiednich pokojów jest tematem do wtórnej weryfikacji. Tak czy siak, pierwsza wizyta zasługuje na wysoką notę, a na pewno wybudowała na tyle pozytywny obraz, że jestem wstanie to miejsce polecić dalej.

Fotograficzne warsztaty u Eweliny Zięby, jak to wyglądało?

Same warsztaty trwały dwa dni i podzielone były na część powiedzmy, że teoretyczną, choć i tutaj już miejsce miały konkretne działania i praktyczną. Najprościej mówiąc w poniedziałek spędziłyśmy dziesięć godzin na dyskusji na tematy fotograficzne. Chłonęłam wiedzę, zbierałam inspirację, zapisywałam wnioski i notowałam rodzące się mimochodem pomysły, jednocześnie zestawiając swoją wizję fotograficznego świata z bardziej doświadczoną wizją Eweliny. Wiedziałam, że to spotkanie da mi wiele, nie spodziewałam się jednak, że aż tak dużo, a przede wszystkim, że skieruje me myśli w te kierunki o których nawet nie pomyślałam. Po tym jednym dniu bardzo zmieniło mi się całkowite podejście do tematu, bardzo wiele rzeczy zdjęłam ze swoich barków i równie sporo rzeczy zrozumiałam, zyskując pewność w miejscach w których mi jej brakowało. Fantastycznie było posłuchać kogoś z tak wielkim bagażem doświadczeń.

Co jednak chyba najlepsze to fakt, że sama Ewelina jest po prostu świetną osobą, otwartą na drugiego człowieka, życzliwą, potrafiącą słuchać i przekazywać wiedzę. Tak całkowicie szczerze to najbardziej jadąc na te warsztaty obawiałam się tego, że moje wyobrażenie na temat Eweliny, wybudowane na podstawie internetowych obserwacji, po zetknięciu z rzeczywistością roztrzaska się o posadzkę. Tymczasem niedość, że się nic się o nic nie roztrzaskało to zadziałało bardzo na plus. Ewelina w rzeczywistości jest jeszcze piękniejszym człowiekiem niż można zobaczyć w social mediowych kanałach.

Drugiego dnia nastąpił dzień czysto praktyczny. Pogoda, która do tej pory była typową jesienną szarówką postanowiła się do nas radośnie uśmiechnąć, gwarantując nam idealne warunki do sesji. Spotkałyśmy się z umówioną parą i powędrowaliśmy do Lasku Kabackiego. Miejsca bardzo niepozornego, które mnie swoją obecnością w stolicy bardzo do siebie przekonało. Uwielbiam te momenty, gdy jesteś w centrum miasta, skręcasz za róg, a tam magicznym sposobem odcięcie od wszystkiego, spokój, zwolnione tempo i celebracja chwili. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce i przystąpiliśmy do działania. Zobaczyłam jak pracuje zawodowy fotograf. Zrealizowaliśmy plenerową sesję z przecudowną parą. Zachowywali się tak jakby urodzeni byli przed obiektywem. Niesamowicie wdzięcznie się tę dwójkę fotografowało, a ja po raz kolejny w przeciągu tych dwóch dni zdałam sobie sprawę, że można inaczej, sprawniej, optymalniej. Zresztą zrozumiałam ogrom rzeczy przez te zaledwie dwa dni i efekty tego już przebijają.

Po powrocie do domu uporządkowałam swoje wszystkie notatki. Bardzo poważnie zastanowiłam się nad tym w jakim kierunku chcę iść, a teraz z pełną świadomością po to idę. Ewelina jeszcze przed warsztatami zapewniała mnie, że to będzie piękne spotkanie i miała w pełni rację. Jego wartość jest ogromna i szalenie się cieszę, że się na nie zdecydowałam. Jeżeli się zastanawiasz nad inwestycją w siebie to nie ma nad czym, to zawsze jest dobry pomysł.

Trzymaj się i do następnego!
Kasia 🙂



Dodaj komentarz